Strona główna Wczoraj i dziś

100 lat temu urodził się Roman Stramka

stramka4
Mural upamiętniający Romana Stramkę na bloku nr 15 przy ul. Romana Stramki na Gorzkowie. Praca została wykonana w 50 rocznicę śmierci „Romka”, własnym nakładem finansowym przez kibiców Sandecji z tej dzielnicy Nowego Sącza. Fot. Piotr Kazana

Promieniujący wręcz bezustannie setkami pomysłów i wyczynami, ogromnie impulsywny i szybki w decyzji, czynił najczęściej to, co nie dyktował rozum czy sumienie, lecz instynkt. Działał tak szybko i odruchowo, że najczęściej czyn jego wyprzedzał wszelka możliwość najkrótszej choćby koncentracji umysłu dla obliczenia szans i sensu tego co miało zaistnieć” – tak Józef Bieniek najdobitniej opisał charakter Romana Stramki, legendarnego przedwojennego sportowca, w czasie II wojny światowej kuriera i przewodnika Polskiego Państwa Podziemnego. 13 lipca 2016 roku mija setna rocznica urodzin „Romka”, który w historii sądeckiego podziemia czasu II wojny światowej zapisał się jako „kowboj kurierskich szlaków”.

Idąc ulicą Gorzkowską w Nowym Sączu w kierunku rzeki Kamienica, uważny przechodzień zauważy po prawej stronie ulicy ukryty w gąszczu brzozowych liści skromny, trochę podupadający drewniany dom oznaczony numerem dwudziestym ósmym. Dziś nie świecący swoim dawnym blaskiem, w czasie niemieckiej okupacji miasta, był centralnym punktem podziemnej siatki kuriersko-przerzutowej. Dom rodziny Stramków, za sprawą „Romka”, stał się jednym z wielu filarów pomostu łączącego okupowaną Warszawę z polskimi władzami na uchodźstwie we Francji, następnie od lata 1940 r. w Wielkiej Brytanii. To właśnie pod tym adresem, tak wiele osób uzyskało pomoc od rodziny Stramków w oczekiwaniu a na przerzut przez „zielona granicę”.

Życie w przedwojennym Nowym Sączu

Roman Stramka przyszedł na świat 13 VII 1916 r. w podgrybowskiej wsi Ptaszkowa, skąd pochodziła jego matka Maria z domu Wysocka. Głową rodziny Stramków był Ludwik, góral rodem z Harklowej, którego koleje losu przywiodły do Nowego Sącza w poszukiwaniu pracy. Jak wówczas wielu w mieście nad Dunajcem i Kamienicą, znalazł zatrudnienie przy rozwijających się Warsztatach Kolejowych.

stramka2
Roman Stramka (1916-1965). Fot. Rocznik Sądecki

„Romek” był najstarszym dzieckiem Marii i Ludwika, miał aż dziewięcioro rodzeństwa. Dzieciństwo oraz młodzieńcze lata spędził na peryferyjnym wówczas nowosądeckim Gorzkowie, pomagając rodzicom przy gospodarstwie, ucząc się oraz sprawując opiekę nad młodszym rodzeństwem. W pamięci rodziny zachował się obraz „Romka” jako ostoi dla wszystkich jej członków. Troskliwy, opiekuńczy, wielka pociecha i pomoc dla matki Marii. Obok obowiązków dnia codziennego, ważne miejsce w życiu „Romka” zajął sport, w którym zarówno latem jak i zimą rozkochał się bezpamiętnie.

Z powodzeniem trenował wiele dyscyplin. Był pływakiem, lekkoatletą, kajakarzem, piłkarzem, kolarzem. Jednak dla Romka numerem jeden było od zawsze narciarstwo. Swoje pierwsze narty zrobił sobie sam z… klepek rozbitej beczki, za której zniszczenie dostał od ojca pierwsze solidne lanie. Jako najmłodszy w sekcji narciarskiej Klubu Sportowego Kolejowego Przysposobienia Wojskowego „Sandecja” trenował pod okiem trenera Leopolda Kwiatkowskiego. Z łatwością wygrywał swoje konkurencje w kategorii juniora. W wieku piętnastu lat osiągnął swój pierwszy sportowy sukces wygrywając bieg narciarski w ramach mistrzostw klubów sportowych Kolejowego Przysposobienia Wojskowego w Zakopanem.

Jak wspominał Julian Zubek ( o którym przeczytasz więcej tutaj) „Był oczkiem w głowie Poldka [Leopolda Kwiatkowskiego – przyp. P. K]. Szybki jak iskra, zwinny i zwrotny. Nie biegałem z nim na nartach w zawodach będąc seniorem, ale bałem się go jak ognia jako przyszłego konkurenta. Pływał jak ryba (…). Jemu również nauka przeszkadzała w uprawianiu sportu, ale ukończył szkołę handlową w Wilnie zdobywając tam tytuł mistrza w biegu na 18 km”.

Zanim jednak wyjechał do Wilna gdzie ukończył Instytut Handlowy, uczęszczał w Nowym Sączu do Szkoły Powszechnej im. Władysława Jagiełły oraz Gimnazjum Handlowego. Jak zapamiętał Julian Zubek, nie był prymusem. W zachowanych szkolnych świadectwach Romana, od razu rzuca się w oczy najwyższa ocena…. oczywiście z „ćwiczeń cielesnych”.

Tuż przed wybuchem wojny, powrócił do rodzinnego miasta. Znalazł zatrudnienie przy budowie drogi w rejonie powstającej zapory wodnej w Rożnowie. Zarobione pieniądze wydał na… zakup nowego roweru wyścigowego.

Na kurierskich szlakach

Po klęsce wojska polskiego we wrześniu 1939 r., na południowe pogranicze Generalnego Gubernatorstwa ze Słowacją zaczęli przybywać ludzie pragnący przedostać się na nieogarnięty jeszcze wojną zachód Europy. Ze względu na dogodną lokalizację Nowy Sącz stał się jednym z głównych miejsc wypadowych na konspiracyjnej mapie uchodźców z Polski. Wojskowi oraz cywilni ochotnicy szli przez Słowację, Węgry, Jugosławię i Włochy do formujących się pod dowództwem gen. Władysława Sikorskiego polskich jednostek wojskowych we Francji. Zwykli cywile uciekali przed represjami okupantów, a inni po prostu chcieli się znaleźć jak najdalej od wojennego piekła.

Z tego powodu od jesieni 1939 r w samym Nowym Sączu zaczęły powstawać pierwsze zakonspirowane grupy przewodników trudniących się w przeprowadzaniu uchodźców przez Beskid Sądecki na słowacką stronę granicy. Szczególnie poszukiwano do współpracy przedwojennych przewodników górskich oraz młodych sportowców. Tych w Nowym Sączu nie brakowało. Jako pierwsi do działań konspiracyjnych na „zielonych granicach” zgłosili się podopieczni Leopolda Kwiatkowskiego z sekcji narciarskiej KPW „Sandecja”. Wychowani w przedwojennym duchu patriotyzmu oraz obywatelskich powinności, nadawali się do tej roli znakomicie.

Naturalnie, dołączył do nich również „Romek”, który za pośrednictwem Klemensa Konstantego Gucwy, swojego przyjaciela z podwórka i sportowych boisk, dołączył do nowosądeckiej siatki przerzutowo-kurierskiej. Roman wręcz fanatycznie nienawidził okupantów. Pociągnął za sobą swoich przyjaciół z podwórka . Co porabiasz? – zapytał „Romek” kolegę z podwórka, Rudolfa Lenca. – Żałuję Polski… – odpowiedział Lenc. – To ci się nie przyda. Mam dla Ciebie lepsze zajęcie, psucie krwi szkopom. I tak to się zaczęło…

stramka3
Zawody lekkoatletyczne na stadionie KPW „Sandecja” na Błoniach w latach trzydziestych. Drugi od prawej w barwach „Sandecji” Roman Stramka.

Jako kurier i przewodnik przebył 69 razy trasę między Nowym Sączem a Budapesztem. (…) Gdy wychodził, całą rodziną rzucaliśmy się na klęczki i modliliśmy się o jego szczęśliwy powrót – wspomina pani Jadwiga Stramka Wolanin, siostra „Romka” – Każda jego wyprawa wiązała się z długą nieobecnością. Nieraz zdarzyło się, że nie pokazywał się w domu aż przez miesiąc czasu. Nie mieliśmy wówczas żadnych wiadomości. Nie wiedzieliśmy gdzie jest, czy jest bezpieczny i czy w ogóle żyje? A kiedy już wracał, starał się to robić niepostrzeżenie, dlatego chodził najczęściej nocami, nigdy za dnia, tak by nikt go nie zobaczył.

W tych czasach należało zachować wyjątkową ostrożność. Niebezpieczeństwo czaiło się z każdej strony. Służba na zielonych granicach nie była sielanką czy wojenną górską turystyką. Na kurierów i przewodników pokonujących granicę Generalnej Guberni ze Słowacją, oprócz niemieckich strażników granicznych, czyhały po drugiej stronie współpracujące z Niemcami słowackie służby policyjne. „Romek” kilkukrotnie dostał się w ich ręce. Za każdym razem w nieprawdopodobnych okolicznościach zdołał uciec.

Do najsłynniejszej ucieczki „kowboja zielonych granic” doszło 18 X 1941 r. Wówczas, udało się „Romkowi” wydostać z niemieckiego więzienia w Nowym Sączu. Po raz kolejny zawdzięczał życie swojemu wrodzonemu instynktowi i zdobytej przed wojną żelaznej fizycznej zaprawie. Wysoką cenę za konspiracyjną działalność „Romka” zapłaciła jego najbliższa rodzina. Dom przy ul. Gorzkowskiej był kilkukrotnie rewidowany przez „nieoproszonych gości” w gestapowskich uniformach. Tym niezapowiedzianym wizytom towarzyszyło bicie, nieustanne obelgi i niekończące się pytania – „Wo ist Roman?”.

Po ucieczce Romana z więzienia, zostały aresztowane matka i siostra Zofia. Więziono również ojca Ludwika, który kilka miesięcy spędził w niemieckim więzieniu w Tarnowie. Jednak nawet w takim ponurym i ciężkim czasie jak wojenne i okupacyjne realia, należało znaleźć jakąś odskocznię dla równowagi ducha, aby nie zwariować.

„Chciałem Cię wypróbować czyś mocny…”

W pamięci kurierów-przewodników współpracujących z Romanem zachowały się w pamięci zabawne sytuacje, których inicjatorem był oczywiście niestrudzony „Romek”. Nazywał je „śpasy”. Czasami urządzał „strzelanie do rzutków”, czasem robił „w balona” swoich kompanów na konspiracyjnych szlakach. Jedną z nich wspomina Julian Zubek ps. „Tatar”.

Był kwiecień 1944 r., jedno z ostatnich przejść na Węgry. Wówczas, jak zapewniał „Romek”, do przerzucenia na Węgry była bardzo ważna aparatura, która została zakopana w okolicach cegielni w Biegonicach. Plecak z aparaturą który niósł „Romek” był bardzo ciężki, więc postanowili że co jakiś czas wraz „Tatarem” i Jan Freislerem „Sądeckim” będą się zmieniać. Kolejnym który dźwigał plecak był „Sądecki”. Ostatnim był „Tatar”.

Już gdzieś nad granicą ze Słowacją, gdy po raz drugi przyszła kolej na „Romka” zwrócił się flegmatycznie do zmęczonego „Tatara”– Chciałem cię wypróbować czyś mocny, możesz nosić przez granicę nawet krowy! A tej zasranej aparatury taszczyć dalej nie będziemy! Wyjmij ją Julek z plecaka, to ją zamelinujemy! [czyli ukryjemy – przyp. P. K.]”. „Tatar” odłożył plecak i z ciekawości zajrzał do jego wnętrza. Ku wielkim zdziwieniu, jego oczom nie ukazała się domniemany sprzęt lecz… osiem sporych rozmiarów cegieł… – „Ty byku krasy, ty gorzkowska bździno, zastrzelę Cię kiedyś jak psa!” – wrzeszczał mocno zdenerwowany Jan Freisler goniący „Romka”. Początkowa wściekłość szybko przerodziła się w szczery śmiech. „Przeprosom piknie za ten śpas, chciołem się trochę pośmiać! Na granicy śpasować nie będziemy” – z szyderczym uśmiechem przeprosił swoich kompanów.

Taki właśnie był Roman, który po latach tak wspominał swoją wojenną przeszłość „(…) Tych kilka miesięcy chodzenia przez granicę , od października 1939 do marca 1940, określam sportowo jako „suchą zaprawę”. Dalsze cztery lata było ciągłym startem jak na zawodach, tylko, że z przerwami w kryminałach. Myślałem nie raz o tym, w których więzieniach były lepsze „punkty odżywcze”: czy u Słowaków czy na „Madziarach”, czy u nas? (…)”.

Małomówny, zamknięty w sobie nie chętnie opowiadał o swoich wojennych przeżyciach.

Powojenne realia

Romek po zakończeniu wojny, wiosną 1945 r. powrócił do Nowego Sącza. Wiedząc że nowa komunistyczna władza krwawo rozprawia się z byłymi akowcami, nie czując się bezpiecznie, wyjechał na Dolny Śląsk w okolice Kamiennej Góry, gdzie znajomi nowosądeccy działacze PPS organizowali osadnictwo na tzw. ziemiach odzyskanych.

Nie umknął również uwadze komunistycznej bezpiece. Po ujawnieniu się, od 1949 r. był inwigilowany przez Urząd Bezpieczeństwa. Końcem lat czterdziestych wyjechał do Zakopanego gdzie dzięki pomocy Juliana Zubka pracował jako magazynier w Ośrodku Kultury Fizycznej i powrócił również do czynnego uprawiania sportu. Był trenerem i zawodnikiem sekcji kajakarskiej i lekkoatletycznej Zrzeszenia Sportowego „Start” Nowy Sącz, szkolił również zawodników w sekcji narciarskiej CWKS „Zakopane”, „Start” Zakopane, LKS w Piątkowej i LKS Poprad Rytro. Jego podopieczni osiągali znaczne sukcesy narciarskie na arenie ogólnopolskiej.

Romek miał również w swoim życiorysie epizod współpracy z bezpieką. W 1953 r. pod pseudonimem „Przystojny” zobowiązał się do współpracy z UB. Jednak w zachowanych szczątkowo aktach osobowych informatora ps. Przystojny znajdujemy charakterystykę informatora sporządzoną przez oficera prowadzącego, w której zapisał „(…) w czasie współpracy nie uzyskano od niego żadnych wartościowych materiałów (…)” a jedyne informacje „(…) ograniczały się do charakteryzowania działalności placówki budapeszteńskiej oraz działalności kurierów budapeszteńskich (…)”.

W 1958 r. Roman Stramka został skreślony z listy agentów, gdyż „(…) już w okresie przed październikiem był nieszczery i niechętny do dalszej współpracy, całkowicie unika spotkań (…) Jest wrogo ustosunkowany do PRL (…)”.

Młodzi ludzie będący w czasie okupacji w konspiracji, po doświadczeniach wojennych, zaczęli po wojnie układać sobie życie. Utracone bezpowrotnie najlepsze lata swojego życia, próbowali nadrobić w czasach budowy „Polski ludowej”. Nie wszystkim to się udało. Jednak część zakładała rodziny, próbowali odnaleźć się w nowych realiach i próbowali normalnie żyć. W momencie kiedy osiągali swoje życiowe cele, ciężko było je poświęcić w imię wojennych ideałów i decydowali się na współpracę z komunistyczną policją polityczną.

W innych przypadkach, wierząc w swoje doświadczenie i wyszkolenie, decydowali się na współprace z bezpieką dla świętego spokoju, prowadząc skuteczną grę z ubekami uchylając się od przekazywania w swoich donosach istotnych informacji, zatajając to co mogłoby zaszkodzić innym i jednocześnie przekazując tylko to co powszechnie było znane. Tacy informatorzy po krótkim czasie byli wykreślani z agentury.

Z dostępnych szczątkowych materiałów wynika że Roman Stramka nie przekazywał istotnych informacji które komukolwiek zaszkodziły. Jednak na tle niezłomnej postawy Jana Freislera, sam fakt podjęcia przez Romana Stramkę współpracy z komunistyczną policja polityczną pozostanie rysą na jego życiorysie.

Jadziu, jak usnę to już się nie obudzę…

Był 1 IX 1965 r. Roman tego dnia wracał z Rytra, gdzie odebrał zaległą wypłatę za pracę zimową. Przejeżdżał właśnie na swoim junaku koło Winnej Góry w Biegonicach, gdzie przed wojną latano na szybowcach. Nagle zaczęła go wyprzedzać ciężarówka. Pojazd zahaczył o Romana, uderzając go w lewy bark. W wyniku doznanych obrażeń, w nowosądeckim szpitalu przekroczył kolejną w swoim życiu, a zarazem ostatnią siedemdziesiątą granicę. Dołączył do „niebieskiej sztafety kurierów”, gdzie czekali na niego Kostek Gucwa i Jan Freisler.

Przed śmiercią miał powiedzieć zachrypniętym głosem do swej siostry Jadwigi tylko jedno zdanie „Jadziu, jak usnę to już się nie obudzę.”. Już się nigdy nie obudził.

stramka1
Grób Romana Stramki na Cmentarzu Komunalnym w Nowym Sączu. Fot. Piotr Kazana

W czasie pełnienia służby kuriersko-przerzutowej wielokrotnie wymykał się śmierci. Pośmiertnie został odznaczony przez Rząd Polski na emigracji Srebrnym Krzyżem Orderu Virtuti Militari oraz Krzyżem Walecznych, jego imieniem został ochrzczony stadion sportowy sądeckiej młodzieży przy Szkole Podstawowej nr 1 w Nowym Sączu oraz po wielu latach jedna z ulic Nowego Sącza w dzielnicy Gorzków gdzie się wychował.

Roman Stramka jeden z najdzielniejszych okupacyjnych przewodników i łączników tras przerzutowo-kuriersko-łącznościowych Polskiego Państwa Podziemnego spoczywa na cmentarzu komunalnym w Nowym Sączu przy ul. Rejtana, kwatera nr 19. Na nagrobku widnieje napis „Odznaczony Krzyżem Virtuti Militari, prawy Polak, gorący patriota, bohaterski kurier AK, przyjaciel młodzieży, ambitny sportowiec, trener narciarski miłośnik przyrody, wierny druh”. Cześć jego pamięci.

Piotr Kazana
Reklama