Strona główna Kultura i imprezy

27. Święto Dzieci Gór. Od Żywieckiego po Pireneje

Reklama

Warto przyjść trochę wcześniej na halę nad Kamienicą. Telebimy opowiadają przed koncertem, czym zajmuje się Małopolskie Centrum Kultury SOKÓŁ. Moc imprez, konkursów, koncertów, filmów, wydawnictw (albumów i książek), wystaw. Ale dziś najważniejsze Święto Dzieci Gór anonsowane na telebimach przez przesympatycznego misia nieco ironicznie uśmiechniętego, bo: co wy dorośli wiecie o dziecięcym świecie?

I już obrazów kilka z poprzedniego dnia, dla przypomnienia. Tak to się pięknie zazębia: telebimy przypominają dzień poprzedni, zaraz będzie koncert dzisiejszy, a po nim zapowiedź tego, co zobaczymy jutro. Tylko jutro już będzie inaczej…

„Kajżeś była Hanulino?” wyśpiewuje Józek Broda. I rozpoczyna „Od świętej Anki…”, a publiczność kończy jedną z narodowych mądrości. Prognozy jednak nie potwierdzają, by miało się w tym tygodniu spełnić.

Henryk Juraś, wójt gminy Świnna zaszczycił swoją obecnością halę nad Kamienicą. I prawdziwie może być dumny z HAJDUKÓW, skoro prawie 70 dzieciaków należy do zespołu, co stanowi ponad połowę szkoły w Pewli Siemieńskiej. Dzięki Józkowi znów usłyszeliśmy zapowiedź wiewiórki, zająca, kukułki i koncert krasnoludka na nosie.

A na scenie… Dziewczyny zbierają zioła. Właściwie nie zbierają, tylko śpiewają, że zbierają. Przyszły małe śpiki, pomne obietnicy jednej z dziewcząt, przyszły na naukę gry na skrzypcach. No i płynie znana melodia o polu, po którym leci sarna. Potem popis solowy dziewczynki, z której „coś kiedyś byńdzie”, wezmą ją do kapeli.

A z tyłu skradają się kolejne dziewczęta. Z tyłu, no bo kto widział, żeby się skradać z przodu,  i nagle… „Hej przez żywieckie pole leci sarna…” – gromko popłynął śpiew o tęsknocie za takim nóżkami, jak ma wzmiankowane wyżej zwierzę.

Starsze dziewczyny zapraszają młodsze do wspólnego – jak to mówią współcześni – „wykonu”, i melodia płynie coraz odważniej, coraz czyściej. A tam z boku już zabawa w ciuciubabkę, która w tym roku wygrywa z ulijanką. Do starszych skrzypaczek dołączają chłopcy z kolejnymi strunami. Starsze dziewczyny w tan, a młodsze z boku opiekują się z troską gałgankowymi laleczkami. Przyśpiewka, kółecko, przyśpiewka, dwa kółecka, przyśpiewka, trzy kółecka, przyśpiewka, pojedynczo…. Czegoś jednak brak… Czego tu może być brak?

Ano przecież! Chłopaków! Ci w kapeli się nie liczą, bo nie tańczą. Pojawiają się inni. Dwie guzikówki, fujarki. Jest i okaryna. I śpiew tylko do jej melodii. HAJDUKI rozwijają przed nami wielobarwną paletę dźwięków, tak różnych, jak różne są instrumenty, którymi potrafią się posłużyć.

Teraz już taniec w parach. W tańcu śpiew. A gra pięcioro skrzypiec i basy. A troje skrzypiec leży obok. Kapela HAJDUKÓW ma ławkę zmienników i potencjalnych muzyków tak długą jak Vital Heynen w naszej narodowej reprezentacji siatkówki.

I nagle pisk dziewcząt, bo chłopcom się chyba znudził śpiew i postanowili przeciągnąć linę pod całą grupą. I jeszcze raz. A potem zawody w skakaniu przez sznur. Jedna dziewczyna, potem druga, i dwie, i starsza, ale tej zupełnie nie wyszło.

Wracamy do śpiewu i tańca. Pomysł rzadki, by nie kumulować wszystkich zabaw na samym początku, ale przepleść nimi czas tańca i śpiewu. Obok cieszący oko obrazek: jedna ze starszych dziewcząt próbuje uczyć młodsze gry na okarynie. Każdy, nawet te najmłodsze dziewczęta, mają szansę zaśpiewać coś do kapeli. I nie wytrzymują te najmłodsze, co się dopiero uczą. Też chcą zagrać. Mogą. Bo to przecież nie występ, nie wesele, nie odpust. Tylko zwykła zabawa pod chałupą, to gdzie jak nie tu się przełamią, odważą i popróbują?

Starsi schodzą, znika kapela. Ale najmłodsi zostają. Pod budkę trafia kilka palców. Wyliczanka. Dziewczynka, na którą padło, zasłania oczy i liczy. Kiedy doliczy, okaże się, że na scenie już nikogo nie ma. To co tak sama będzie stać…

ESBART MARBOLET

Wraz z tablicą ESBART MARBOLET pojawia się na scenie dwubarwna flaga Katalonii. Bo nikt nigdy z biura organizacyjnego Festiwalu Święto Dzieci Gór nie wymagał, by uczestnicy wstępowali pod flagą państwową, jeśli nie oddaje ona ich tożsamości narodowej.

Pierwsze, co zwraca naszą uwagę, to elegancka biel i czerń kapeli, bodaj czy nie po raz pierwszy w historii Festiwalu prowadzonej przez dyrygenta. Skrzypce, saksofon, klarnet i wzbijająca się ponad nie trąbka. W krokach, sukniach, dźwiękach… średniowiecze, ale nie to ciemne, ze stereotypu, raczej z wielobarwnej „Jesieni” Johana Huizingi. Tańczą dziewczęta, pośród nich jeden rodzynek.

Ale już za ich plecami pojawia się grupa ubrana inaczej, czas nieco późniejszy. Czarne spodnie chłopców nieco za kolana, białe podkolanówki, czerwone pasy. Dziewczęta w pastelowych spódnicach i wielobarwnych chustach na ramionach, spod których czernią się bluzki. Taniec trochę wspólny, trochę w parach.

Wraca pierwsza grupa dziewcząt. Taniec… coś jakby menuet, krok dostojny, ruch wyważony, każde dotknięcie stopą sceny istotne. A jeśli wszystko jest ważne, to zapewne ma znaczenie to, że jedne dziewczęta mają na głowach chusty, a inne nie?

Są grupy, które imitują jazdę konną nacechowaną gniewem, dumą, wolą walki. Katalonia również zaprezentowała „konny” taniec, ale pełen radości, żartu, trochę spokrewniony z naszym krakowskim lajkonikiem, którego jakby przepuścić przez pryzmat, to zapewne pojawiłyby się te różnokolorowe katalońskie koniki.

Światło wygaszone. Scena oświetlona niepokojącym wzorem. Dziewczęta wchodzą z pochodniami, z żywym ogniem. Ile ostrożności, delikatności trzeba, by wykonać taniec upamiętniający pożar w jednym z hiszpańskich miast. I taniec z girlandami winnej latorośli. Trochę tak, jakby każde miało ze sobą własną ramę tonda, w niej własny portret. Jest i dodatkowy instrument, gdyż każdą girlandę zaopatrzono w dzwoneczek. I przeplatają się, mijają, okrążają, dzwonią. wszystko żywo, z radością.

Z publicznością żegna się cała, naprawdę duża grupa z Katalonii, dziękując nam oraz – niezwykle ujmującym ukłonem – kapeli. Grupa z Katalonii została bardzo ciepło przyjęta przez nowosądecką publiczność. Zapewne miało znaczenie również to, że nie ujawnił się żaden zagorzały kibic… Realu Madryt.

Kamil Cyganik, fot. Piotr Droździk