Strona główna Kultura i imprezy

27. Święto Dzieci Gór. Szanować tradycję, rozumieć tradycję

PNIOKI

To szczególny wieczór, bo tym razem Józek Broda bez żadnych wstępów przestawił Radę Artystyczną. Idąc za jego przykładem powiedzmy, że przewodniczącym Rady jest Benedykt Kafel, obecnie jedyny członek tego znamienitego grona, który brał udział we wszystkich 27 Festiwalach, etnograf, główny specjalista do spraw folkloru w MCK SOKÓŁ.

Polskę reprezentują również: pani Wiesława Hazuka, znakomity instruktor tańca i choreograf, pani dr Dorota Majerczyk, etnolog i badacz kultury, wybitny instruktor, pan prof. dr hab. Piotr Dahlig, kierownik Zakładu Etnomuzykologii Instytutu Muzykologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Z dalekiego Meksyku już po raz kolejny przyjechali do Nowego Sącza znakomici pedagodzy sztuki: pani Mónica Artemisa Alonso Palacios Marquez de Mendoza i pan Victor Mendoza Zenteno. Również nie po raz pierwszy na Festiwalu jest pani dr Evgeniya Grancharova, choreograf, instruktor, adiunkt w Instytucie Etnologii przy Bułgarskiej Akademii Nauk oraz państwo Dianna i Henry Laska. Pani Dianna jest choreografem, jedną z najlepszych specjalistek od tańca ludowego w Australii, pan Henry to administrator sztuki oraz wybitny tancerz. Po raz pierwszy na Święcie Dzieci Gór w roli członka Rady Artystycznej jest pani Nana Valishvili z Gruzji, etnomuzykolog, kierownik działu muzyki ludowej Państwowego Ośrodku Folkloru. Rok temu pani Nana przyjechała do Nowego Sącza jako instruktor. Zespół Amer-Imeri zachwycił publiczność i Radę Artystyczną dziecięcą naturalnością, znacznie odbiegającą od tradycyjnie pokazywanego folkloru Gruzji.

Dobrą tradycją Festiwalu jest to, że na widowni zasiadają przedstawiciele miejscowości, z których pochodzą zespoły. Tym razem PNIOKI podziwiał pan Paweł Stawarz, wójt gminy Jodłownik, oraz przewodnicząca rady tejże gminy pani Maria Kapera.

Rzecz dzieje się 15 sierpnia, kiedy tradycja zbierania ziół na bukiet dla Matki Boskiej Zielnej spotyka się ze zwyczajem świętowania zakończenia żniw. Dlatego na łące w jednym czasie znajdują się dziewczynki zbierające lebioda, wrotec, krwawnik, dziurawiec i dożynkowa kapela.

Zanim jednak muzyka pojawi się na scenie, mamy dramatyczną sytuację. Na bukiet jest już wszystko, oprócz czarnego ziela, takiego na „kozde zapalenia”. Na szczęście jest doświadczona babka, która wie, gdzie szukać. Teraz pozwala dziewczętom się pobawić, chłopaków uspokaja, żeby nie „harnasowali” piszczałkami, a sama bierze jedną dziewuszkę do pomocy i idzie układać świąteczny bukiet na ofiarę dla patronki dnia.

„Po szyrokim stawie pływają łabądzie”. I nikt się nie obraża, że zostaje fujarą, bo nie znalazł pary, kto nie umie znaleźć przyjaciela swego. Do czasu. Kiedy jedna dziewczynka „przegrywa” zabawę po raz trzeci, już nie wytrzymuje, odpowiada szlochem.

Koleżanki i koledzy nie dają jej długo płakać. Miotły nie ma, ale przecież gałąź brzozowa wystarczy, żeby się zabawić w mietlorza. I prawda dziecięca, że synonimem „nudne” jest „głupie”. Mietlorz już jest głupi, a za to mądre jest koło młyńskie za cztery ryńskie. No bo komu by się nie podobało, że wszyscy bęc.

Na wyliczankę o Teresce mogłaby się obrazić kłamiąca Tereska, ale widać żadnej nie ma, lub żadna się nie poczuwa. Natomiast wyliczony poczuwa się, by zostać śpiącym niedźwiedziem. „Stary niedźwiedź mocno śpi. My się go boiwa, na palcach chodziwa…” Może to tegoroczny symbol Festiwalu? Nie raczej nie, ten na złego i takiego, co by chciał dzieci jeść, nie wygląda. Ostatniemu z niedźwiedzi nie udaje się dospać do godziny, kiedy wstaje i łapie, bo budzi go rozśpiewana i rozegrana grupa młodzieży.

A skądże oni idą tak pięknie ubrani, pięknie śpiewający?

Z dożynek. Jedna z dziewcząt przyniosła snopek pszeniczny i tak w jednym bukiecie spotkają się dwie tradycje. Dożynki tłumaczą też świąteczny strój starszej młodzieży.

Dzieci, które do tej pory zajmowały scenę zabawami, tworzą dwa kółeczka z boku, na środku tańczą starsi. W przyśpiewkach też dwie tradycje, dwa czasy. Śpiewają i o dożynkach, i o wdzięczności dla Matki Boskiej Zielnej. Starsi o młodszych nie zapominają. Zapraszają do wspólnego pohulania. Starsze pary przeplatają się z młodszymi, w wężu wyżsi z mniejszymi. Do „suwanej” jednak już młodsi nie zostają zaproszeni, a raczej zostają wyproszeni. Dają głośny wyraz zawodu i nie zmierzają rezygnować, tańcząc zawzięcie z boku sceny.

Zespół z Sadka-Kostrza nie tylko świetnie tańczy, ale dużo śpiewa tworząc dyskursy na liniach damsko-męskich. Wszak dramat opiera się na dialogu. Rozmowy wyśpiewane chóralnie i solowo przetykają jak złotogłów barwną, żywą tkaninę tańców, tanecznych (szewc, kowal) zabaw i bogatych strojów Lachów Szczyrzyckich. W końcu przychodzi matka. Muzyka urywa się jak hejnał mariacki, bo niewydojone krowy ważniejsze są i zawsze będą od każdej zabawy. Starsi idą do obowiązków, a babka pokazuje młodszym, jak wspaniały bukiet ziela dla patronki dnia jutrzejszego przygotowała. Trza tylko jeszcze na (nomen omen) pnioku ziołom urąbać korzenie, wyrównać, żeby pięknie wyglądał, gdy go będą nieść do kościoła.

PNIOKI

„Daj nam na każdy czas, daj chleba. Panie niech Duch Twój modli się we mnie, bo życie może być jak chleb. Jesteśmy Świątynią ducha” – przekonuje nowosądecką publiczność Józek Broda „Może tutaj być jak w niebie”.

Tak nawiązuje do nazwy zespołu z Tirany, KALTERSIA – oznaczającej niebo właśnie. Popłynęły bałkańskie dźwięki i ruszyli chłopcy w białych czapach, charakterystycznie kręcąc dłońmi, podskakując. I jak wczoraj krajka, tak dziś znów jedna, niesforna czapka wybiera wolność, spada z głowy chłopca, jakby wołała ze sceny, że spontaniczność bardzo chce mieć coś do powiedzenia na tej scenie. Muzyczny popis kapeli (akordeon, klarnet, tamburyn) daje czas młodym artystom na zmianę strojów, przygotowanie się do dalszej części występu.

Błyszcząca cekinami dziewczynka wykonuje solową pieśń. Gdy ostatni gest wskazuje, że śpiewała o łzach, na scenie pojawia się cały zespół. Chłopcy po kolei włączają się w taniec. Tyłem do publiczności. Naturalnie. Bo przodem do pięknie ubranych dziewcząt. Jakby je chcieli zachwycić. I zmiana. Teraz dziewczęta tańczą przed wpatrzonymi w nie chłopakami. W końcu – para. Jedna, ale widać potrzebny jest ten impuls, by wszystkie pary odetchnęły muzyką.

Zejście.

Nieco zdezorientowany góral z Sadka-Kostrza, trzymający kamracką tablicę, też się rzucił do wyjścia, ale kolejny popis albańskiej kapeli zatrzymał go w miejscu. Utwór inny, ale reakcja publiczności podobna: aplauz wita żywsze tempo. A dziewczęta mają czas, by udać się do garderoby po kolejny rekwizyt, czerwone chusteczki.

Ostatni taniec.

A po nim ukłon radośnie nierówny znów wrzuca w występ albańskiego zespołu ziarno spontaniczności.

Kamil Cyganik, fot. Piotr Droździk