Strona główna Kultura i imprezy

27. Święto Dzieci Gór. Ziemniaki, balia i koniki

Reklama

ZBYRCOCEK

No i smuteczek… byłby, gdyby nie to, że nie wolno! Dopóki Festiwal trwa, nawet jeśli nastaje ostatni dzień narodowy, trzeba się radować. I potem też. Mimo pożegnań, mimo łez, powinno być radośnie, bo stało się coś ważnego.

A co się dzisiaj wydarzyło? Oczywiście spotkanie, jak zawsze na tej scenie. Ale od niedawna, w ten sobotni wieczór, jest to spotkanie trzech zespołów, trzech narodów. Tym razem: Polski, Słowenii i Kałmucji.

ZBYRCOCEK z Juszczyna, ale i dwa zespoły kamrackie szczególnie tego dnia oklaskiwali: starosta powiatu suskiego Józef Bałos z małżonką, ks. proboszcz parafii w Juszczynie Tadeusz Fornalik, sołtys Stanisław Kozioł, członkowi Rady Miejskiej w Makowie Podhalańskim: pani Dorota Kaczmarczyk i pan Kazimierz Bałos.

Ziemniacki trzeba posprzątać. Ale najpierw zagra konkurencyjna trombita spod Babiej Góry. Konkurencyjna dla trombity Józka rzecz jasna. On się tym bardzo nie przejmuje, do dźwięku trombity zaśpiewa i zaprosi przed nasze oczy obraz poranka.

Na scenie wśród ziemniaków pojawiła się najmłodsza, dwuletnia artystka. Wózek się naprawia w rękach chłopaków, wianki się plotą w dłoniach dziewcząt. Ziemniaki się przesypują z kosza do worka rękami kobiet. Matka idzie do krów, ciotka zostawia dwulatkę pod opieką młodzieży. Zośka zostaje na gospodarstwie.

Zapolmy se watrę – pierwszy pomysł większej grupy młodzieży. Gałęzie na scenie, jakby przygotowane. Ci, co nie zbierają, boją się wilka złego, bo są gąskami, co do domu… do chałupy.

Przyjeżdża wóz z choinkami, a z wozem heligonista. Jest muzyka, jest impreza… śpiew znaczy. I taniec. Watra już stoi, domyślamy się prawem scenicznej umowy, że nawet płonie. Heligonista idzie dalej. Wróci na ziemniaki? Zobaczymy. Na razie nie ma muzyki, jest ulijanka. Która płynnie, acz niespodziewanie, przechodzi, czy raczej przebiega w berka, a on transformuje niemal natychmiast w ciuciubabkę.

Stasek wrócił na obiecane ziemniaki napieczone. Zapach tych potencjalnych specyjałów przyciągnął wraz z heligonistą skrzypka, skrzypaczkę i basistkę. Nad ogniskiem jabłko. W ognisku ziemniaki. W wózeczku już naprawionym mała dwulatka. Na scenie taniec i śpiew. Pograli. Czas na ziemniaki. Jak na weselu: kiey kapela je, inni się bawią. W liska bez kończyn, w śpiącego niedźwiedzia. Aż dwóch chłopaków się posiłuje i popopisuje.

A cały czas w tle starsi chłopcy ładują ziemniaki na wóz z choinkami. Jeszcze popisy chłopców z kijami przy zbójnickim. Zwłaszcza tych starszych, którzy najpierw zgodnie z obowiązkiem załadowali ziemniaki, a teraz zgodnie z prawem młodości mogą się pobawić.

I tak jak młodzi na scenie niepostrzeżenie, wśród zabaw znakomicie przeplatanych śpiewem i tańcem dotarli do zachodu słońca, tak my zgodnie z zasadą „nie wiadomo, kiedy” doszliśmy do końca przedstawienia. Przygotowanego znakomicie: scenicznie, artystycznie, dramatycznie.

Nie do końca było zrozumiałe, dlaczego wszyscy muszą zejść ze sceny, wcześniej gasząc ognisko (to akurat zrozumiałe), ale trzeba przyznać, że zrobili to równie sprawnie, jak poprowadzili całą inscenizację.

 

Słoweńcy z Mariboru opowiedzieli historię o żniwach, o pracy w polu, o pracy z ziarnem. Więc grabie, widły, dłonie przenoszące snopki (choć te ostatnie trzeba sobie było wyobrazić). Wszystko oczywiście ubrane w taniec. A po pracy trzeba narzędzia odłożyć, w krzyż (Przypadek? Nie sądzę) i można po prostu zatańczyć. Lekko, delikatnie. W pierwszym dniu na kobiecych głowach Węgierek pojawiły się butelki, tym razem wiklinowe kosze.

I nagle… Toż to krakowiak! W jedną, krok dostawno odstawny i w drugą, i kółeczka pod ręce. A jak przed chwilą babiogórcy podawali sobie kije z ręki do ręki, tak teraz wędrują między dłońmi chłopaków drewniane widły…

A teraz drewniane łyżki. I coś jakby cięta polka. I melodie jakby znane. Wszystko przypomina, że kiedyś Nowy Sącz i Maribor były w jednym państwie, pod tą samą władzą, tylko jedni na północ, a drudzy na południe od stolicy. Tej nad modrym Dunajem.

Zanika wiedza w społeczeństwie, czym były cepy. Ruchy słoweńskich artystów wskazują na to, że oni jeszcze wiedzą, do czego służyło to narzędzie, będące synonimem prostoty, a czasem – prostactwa. Natomiast znają jeszcze inne zastosowania dwóch połączonych kijów. Taneczne zastosowania. A nawet akrobatyczne.

Obecny obok mnie wieloletni członek LACHÓW jest w stanie zaśpiewać polską przyśpiewkę do większości słoweńskich melodii. Podobnie Józek Broda, stanął przy mikrofonie i zaśpiewał do jednego z utworów polski tekst.

Czas na Kałmucję. Józek Broda wywołuje dźwięki kolejnych instrumentów, zapraszających nas na step, na koń, albo do posłuchania baśni.

I już cztery małe dziewczynki w białych sukienkach tańczą uśmiechnięte w stronę publiczności, dołączają do nich czterej chłopcy, na zielono, na bogato…

W muzyce zachwyca nie tylko instrumentalizacja, ale również stroje kapeli: dziewczęta w czerwonych powłóczystych sukniach i czepcach, chłopcy, w równie powłóczystej czerni. Nie sposób nie zwrócić na nich uwagi, wszak znaczna część występu zespołu TENGRIN KI to popis muzyków.

Grupa chłopców ubranych na czarno przebiega niemal niezauważalnie przez scenę, pozostawiając na niej baletowe wrażenie. I kolejny pomysł zadziwiający. Dziewczyna gra na instrumencie strunowym, a przed nią, na niewielkim postumencie, w szalonych podskokach tańczy mały drewniany konik. Tańczy do rytmu, bo uruchamia go niemal niewidoczną żyłką uderzająca w struny ręka muzyczki.

Był konik, są koniki. Trzeba sobie je tylko wyobrazić, patrząc na galopujących w szalonym tempie chłopców z Kałmucji. Wystarczy jednak motyl, by zatrzymać ich w szalonym biegu. Gdybyż Wysocki wiedział, że tak łatwo zatrzymać konie narowiste… Motyl odleciał, a oni dalej w galop po scenie i ze sceny.

Podczas koncertu inauguracyjnego, który wyjątkowo odbywał się na hali, jedno z dzieci wypuściło balonik w kształcie motyla. Gdyby to był Rynek, motyl odleciałby wolny, tu zatrzymał go wysoki sufit. Tak jak dla motyla, naszą naturalną przestrzenią, przestrzenią wolności, jest natura, nie cztery ściany domu, tym bardziej bloku, ale ściana lasu z jednej, ściana gór z drugiej, rzeka, niebo…. Wszyscy jesteśmy dziećmi gór.

Wracają Słoweńcy. Z polkami krzyżowymi, z kłobuk polką, sztajerką…

A wcześniej pieśń, piękna, kobieca, skupiona wokół małej balii, nad rzeką. Tańca, tańce, zabawa trochę jak nasza ciuciubabka, tańce, stylizowane przepychanki, nasuwające przed oczy skojarzenie z czołówką znanego polskiego teleturnieju, z żenująco żartującym prowadzącym.

I taki ciekawy wybór partnera do tańca: z kim najlepiej prezentuję się w lustrze. Można powiedzieć, że już tak dawno w Mariborze istniało coś na kształt selfie. Należy zaznaczyć, że z oburzeniem spotyka się sytuacja, kiedy w odbiciu pojawia się twarz tej samej płci.

Zabawa czterech chłopaków w przekładanie sobie kapeluszy. I znów taniec. I ukłon.

A ponieważ grupy z Kałmucji już nie zobaczymy na koncercie finałowym, trzeba ich godnie pożegnać.

Wybiegają na scenę, zaczynają swój taniec, a po chwili dołączają do nich kamraci z Mariboru i spod Babiej Góry. Tak się żegnają zespoły na Święcie Dzieci Gór: tańcem kamrackim. Nie może być inaczej. A Festiwal żegna zespoły pamiątkowym zdjęciem z dobrym słowem Rady Artystycznej, koszem słodyczy, barankiem wełnianym. Podarunki przekazują wszyscy przedstawieni przez Józka na początku goście z regionu polskiej grupy.

Życie rzeką…

Kamil Cyganik, fot. Piotr Droździk