Strona główna Wczoraj i dziś

Czarownice w Nowym Sączu

Reklama

Dawno temu nad Dunajcem rozbłyskały stosy, na których palono czarownice. W ich istnienie wierzyli mieszkańcy miasta. Procesy o czary cieszyły się wielkim zainteresowaniem ówczesnej opinii publicznej.

XVII wiek to wyjątkowo barwny okres w dziejach Nowego Sącza. W mieście żyli ludzie zamożni i wykształceni, ale sporo mieszczan pielęgnowało wielowiekowe zabobony. Ciemnota wiała tysiącznymi przesądami i zabobonami – jak pisał ks. Jan Sygański. Aby zostać czarownicą nie trzeba było dokonywać nadprzyrodzonych rzeczy. Wystarczyło zajść komuś za skórę, oskarżyć, znaleźć świadków i przeprowadzić proces.

Najbardziej znane sądeckie czarownice pojawiały się przy źródełku, pod murami miejskimi. Z wody wydobywał się zapach siarki…. Strażnicy znikali bez śladu, toteż ludzie zwęszyli nieczysty spisek. Jeden z stróżujących chłopców zakreślił się kredą święconą, chwycił w ręce różaniec i czekał co będzie dalej. Po północy z wody wydobywały się piękne śpiewy, a chłopca zapraszały do siebie urodziwe nimfy. Rycerz rzucił różaniec do źródełka, a piękne dziewczyny zamieniły się w czarownice…. Źródełko zniknęło po wybuchu zamku w 1945 r., a legenda pozostała.

To tylko legenda, ale niestety wyolbrzymione zabobony szufladkowano jako prawdziwe czary. W ten sposób, w 1670 r. postawiono przed sądem Elżbietę Stepkowicową. To był jej drugi proces. Żona sądeckiego murarza została oskarżona o czary. Świadkowie twierdzili, że kobieta posiadała w domu ludzką czaszkę, byli też tacy, którzy widzieli jak rzucała nią o kościół na Pijarskiej (tzw. Biskupiem). Ponadto inni byli świadkami, jak wylewała na drogi krzyżowe (rozstajne), aby tem bardziej szkodzić ludziom mieszkającym w mieście. Jej czary odpowiadały za psucie się gorzałki, którą mieszczanie uwielbiali. W karczmach, gdzie się pojawiała zamiast wódki płynęła czysta woda…

Dzień po św. Franciszku sąd skazał ją na śmierć: ażeby podobne zbrodnie czarownica i sztuczek dyabelskich nie uchodziły bezkarnie, przeto Elżbieta Stepkowicowa ma być żywcem spalona na stosie drew na brzegu Dunajca. Stos, ku uciesze gawiedzi, rozpalono tego samego dnia, o g. 14:00.

Podobny, głośny proces odbył się w 1646 r. Wówczas na zdrowiu zapadła Magdalena Wolska, żona aptekarza. Mimo różnych koneksji męża wszystkie środki lekarskie okazały się bezskutecznymi na boleści, jakich doznawała w członkach. Skoro ludzkie środki nie pomagały to Pani Magdalena udała się do znachorki, Reginy Oleksowej. Była znana ze skuteczności leczenia czarów i postrzału dyablego.

Wykształcony aptekarz, który oglądał jej mikstury i słuchał zaklęć tak się zaczął śmiać, że czapką gębę zatykał. Śmiech przerodził się w strach, kiedy tragarz na którym siedział, zaczął okropnie trzeszczeć. Porwał żonę i uciekł od czarownicy. Postanowił jej wytoczyć proces. Jak donoszą akty sądowe, odbył się szybki proces. Wyrok wykonano nad brzegami Dunajca w styczniu 1647 r.

Takich procesów było więcej, ale niestety nie zachowały się wszystkie dokumenty. W zasadzie nie było się czym chwalić…

Warto dodać, że stosy rozpalano nie tylko pod czarownicami. Podobna kara była wymierzana tym, którzy podpalali domy, a także okradali kościoły. Świętokradztwo było najczęstszą przyczyną śmierci na stosie. W ten sposób zginął m.in. Jan Storczyk, kościelny z Fary. W 1666 r. okradł kościół św. Mikołaja (dziś na starym cmentarzu). Januszowski, który w 1675 r. okradł kościół franciszkanów został spalony od kata na stosie drew za bramą węgierską, na brzegu Dunacja, w sobotę przed św. Elżbietą o godzinie 22.

Nowy Sącz nie był jedynym miejscem gdzie palono „czarownice”. Podobne kary wymierzano w Grybowie i Ropie. Na Łemkowszczyźnie aż roiło się od magii! Oryna Pawliszanka, mieszkająca w Tyliczu w 1763 roku została oskarżona o… zaczarowanie mleka krowom… Ponadto w niedzielę, w cerkwi, Komunii św. nie przyjęła ale ją schowała, dla czynienia czarów. Sąd uznał ją winną jako czarownicę, od kilkunastu lat uprawiającą swe niegodne rzemiosło i skazał na stos, w drodze łaski została ścięta pod szubienica i zaraz pochowana.

Inna kobieta w Muszynie, która uchodziła za czarownicę, została oskarżona o to, że zaczarowała chłopa z cudzą żoną, tak że musieli być ze sobą. A to był już ciężki grzech. Sąd postanowił sprawdzić ją, więc poddał torturom. W ich trakcie upałów ogniowych nie czuła. Według wyroku miała być spalona, a na dowód, że miała do czynienia z siłami nieczystymi był fakt, że w tenże dzień, gdy miała być katu w ręce oddana, zając skądsi wybieżał koło więzienia ratuszowego…, a gdy na stos drewna była sadzona , znowu tego zająca gmin ludzi gonił, lecz zając zniknął.

Ówczesne kary za przewinienia były bardzo surowe. Egzekwowano je szybko, w bardzo „atrakcyjny” sposób dla widzów. Ale to już osobna opowieść.

Łukasz Połomski
Reklama