Strona główna Wczoraj i dziś

Nieszczęśliwe wypadki międzywojennego Sącza

Prasa międzywojenna obficie donosiła mieszkańcom naszego miasta o różnego rodzaju nieciekawych przypadłościach, jakie ich spotykały. Wypadki drogowe, w gospodarstwie domowym a nawet w łóżku cieszyły się zainteresowaniem czytelników.

Jak napisała Gabriela Danielewicz, jeden z pierwszych samochodów w Nowym Sączu należał do lekarza dr Mariana Mohra: „Staromodny typ z kołami na drucianych szprychach, brezentowym nakryciem, prymitywną lampą gazową i dziwaczną trąbką do naciskania”. Okazuje się, że już wówczas samochody stanowiły śmiertelne niebezpieczeństwo. W czerwcu 1929 roku na ul. Grybowskiej samochód ciężarowy przejechał po ręce 5 – letniego N. Goldfingera. Nie sposób jednak zrozumieć, jak ręka dziecka znalazła się pod samochodem. W tym samym miesiącu, na Wólkach Władysław B. w ostatnim momencie wyhamował, prawie potrącając 4-letniego Adama Szkaradka. Warto zaznaczyć, że ofiarami wypadków na drogach były głównie dzieci. Nie może to dziwić, skoro kierowcy jeździli prawdopodobnie gdzie popadnie. W 1933 roku prasa apelowała żeby nie jeździć po Parku Strzeleckim.

Tradycyjnie częstą przyczyną wypadków była prędkość. I tak 12 maja 1939 r. miał miejsce wypadek samochodowy na rogu ul. Jagiellońskiej, Grodzkiej i Kunegundy. Adam Chwalibóg w czasie wymijania wjechał w samochód niejakiego Józefa Szmila z Szczawnicy. Na szczęście skończyło się na uszkodzeniu obydwu samochodów. Podobnie zakończył się wypadek Antoniego W. z Zakopanego. Jechał tak szybko ulicą Długosza, że w okolicy Pierackiego (dziś Narutowicza) spowodował wypadek samochodowy uszkadzając inny pojazd. Obeszło się bez procesu i większych szkód na zdrowiu.

Rejon dzisiejszej ulicy Węgierskiej, gdzie zazwyczaj klinują się tiry pod wiaduktem, również również ma bogatą kartę w historii sądeckiego automobilizmu. W czerwcu 1939 roku na ul. Kunegundy doszło do pierwszego w historii miasta wypadku z udziałem dwóch ciężarówek: Schmerla Kaphana z Nowego Sącza (ciężarówka) i Franciszka Kaspiekiewicza (prowadził półciężarówkę).

nieszczęśliwe wypadki Twój Sącz
1932 r., okolice Nowego Sącza – wypadek, w którym zginął znany lotnik, podpułkownik Stanisław Jasiński. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Nie ma się zatem co dziwić Janowi W. z Nowego Sącza, który w sierpniu 1927 r. „podchmieliwszy sobie nieco, poczuł dziwną nienawiść do automobilistów”. Na ulicy atakował kierowców w samochodach. Został zatrzymany przez policję. W 1939 roku niejaki Markus B. tamował ruch kołowy z Nowego Sącza w czasie targu. Nie robił jednak tego złośliwie. Zaczepiał ludzi idących i jadących na targ, pytając czy sprzedadzą mu drób. Skazano go za karę na trzech dni więzienia.

Niebezpieczeństwo na ulicy powodowali także fiakrzy, jeżdżący furmankami, bądź chłopi zmierzający do miasta na targ. I tak latem 1938 roku na 6-letniego syna Anieli Woźniak z ul. Naściszowskiej najechał M. Gorgol z Januszowej. Na szczęście nic poważnego się nie stało. W czerwcu 1927 r. kierowca dorożki przejechał przez klatkę piersiową dziewczynki. Cudem ją odratowano. Niebezpieczeństwo powodowali także cykliści. W czerwcu 1939 r. Wolf Drechsler jadąc rowerem na ul. Kunegundy wpadł na poręcz. Wypadek przeżył.

Niebezpieczne były również zabawy z bronią. Szczególnie dla dzieci. Mimowolnym matkobójcą 20 listopada 1928 roku został Mieczysław M., który przy ulicy Nawojowskiej bawił się rewolwerem. Tak nacisnął spust, że kulę wypalił prosto w serce matki. 45 – latka osierociła trójkę dzieci. Ów trzylatek zapewne był najmłodszym mordercą w międzywojennym mieście. W lutym 1927 roku 13-latek Stanisław P. przy ul. Długosza 30 „manipulował w klatce schodowej granatem tak długo, aż spowodował wybuch, który oderwał mu 3 palce u rąk”. Przeżył.

Ciągle zdarzały się wypadki związane z przechodzeniem przez torowisko. Oczywiście jeździło więcej pociągów niż dziś. W styczniu 1939 r., Zofia Niemiec przechodziła przez tory pod Nowym Sączem, trzymając za rękę synka. Kiedy usłyszała gwizd nadjeżdżającego pociągu, obróciła się sprawdzić, jak jest daleko. Wtedy się poślizgnęła i upadła. Synek uciekł. Pociąg przejechał matkę na oczach dziecka.

nieszczęśliwe wypadki www.twojsacz.pl
Zdjęcie z Ilustrowanego Kuriera Codziennego: Katastrofa lotnicza pod Nowym Sączem – tłum gapiów przy rozbitym samolocie por. Ludwika Krzysztofa, sierpień 1931 r. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Wypadki zdarzały się także w gospodarstwach, głównie rolnych. W styczniu 1939 roku Franciszek Piętka z Bielowic upadł tak nieszczęśliwie, że dwa kije wbiły mu się w oczy. Rodzina udała się z nim do kliniki w Krakowie. Jego dalszych losów nie znamy. Wyjątkowo tragicznie zakończyła się historia wypadku w Nowym Sączu przy ul. Jagiellońskiej 42. 18 lipca 1939 roku 4- letnia Lustbaderówna biegła klatką schodową. Chciała wyjść na dwór aby bawić się z rówieśnikami. Potknęła się i upadła na leżącą rozbitą butelkę w ten sposób, że przecięła sobie tętnice. Na miejscu w momencie pojawiło się czterech lekarzy, m.in. sąsiad dziewczynki dr Maurycy Amaisen. Nie udało się jej uratować.

Wyjątkowo ciekawe były wypadki związane historiami sercowymi. Niestety, często były tragiczne. W 1936 roku dwie sądeczanki pokłóciły się o mężczyznę. Skutek był taki, że w biały dzień na ul. Nawojowskiej Zofia T. oblała wrzątkiem twarz Rozalii T. Od tego czasu jedna była szpetna a druga siedziała w więzieniu. W tym samym roku sądecka prasa donosiła: „Kochanek odgryzł dziewczynie nos”. Genowefa H. z ul. Zdrojowej kochała się w Stanisławie K. Problem polegał na tym, że o ile Gienia myślała o miłości cnotliwej, Stasiu miał inne plany. Niewiele myśląc, zdecydował się ją posiąść siłą w stodole na Przetakówce. Tak niefortunnie to robił, że odgryzł jej nos!

Łukasz Połomski