Strona główna Wczoraj i dziś

Pamiętnik z początków wojny 1939 – zapiski Marii Zielińskiej

Reklama
Rzadko spotykana fotografia żołnierzy niemieckich na nowosądeckim rynku zamieszczona w serwisie Fotopolska przez użytkownika esski. Według opisu pochodzi z aukcji internetowej, na której opisano ją jako wrzesień 1939.

80 lat temu rozpoczęła się II Wojna Światowa. Niewiele osób miało głowę do opisywania rzeczywistości. W zbiorach rodziny Celewiczów znajduje się unikatowa relacja Marii Matyldy Zielińskiej, prababki Bartłomieja Celewicza, który opracował jej pamiętnik z pierwszych dni września 1939 roku w Nowym Sączu.

Maria Matylda Zielińska. Fot. ze zbiorów Bartłomieja Celewicza

1 września, piątek

Cały sierpień roku 1939 zeszedł nam na wysłuchiwaniu komunikatów i wiadomości dziennikarskich ciesząc się z silnej woli naszych i ich wysiłków. I tak by nabrać większej siły i mocy duchowej, udałam się o świcie 1 września w piątek na wczesne nabożeństwo. Gdy dochodziłam do kościoła O. O. Jezuitów słyszę jakiś głos syreny. Nie bacząc, że to alarm weszłam do kościoła, gdzie się odbywało uroczyste nabożeństwo przy organach i śpiewie. Już podczas „Gloria” odwrócił się ksiądz Superior odprawiający nabożeństwo ze słowami: „Słyszę głos syreny, proszę do swych domów się udać nie robiąc popłochu, jest widocznie nalot na miasto, a my dokończymy Mszę Św.” Szybko też opróżniono Świątynię i spieszyliśmy ulicami do domu gdzie już stała zorganizowana służba i wskazywała na sienie w kamienicach by się ukryć. Ja jednak szłam dalej ale siły mnie opuszczały i już przed domem Dzięciołowskich dostałam duszności. Jakoś doszłam jednak do domu, w którym nie wiedzieli gdzie się podziałam, bo to była zaledwie szósta rano.

Szybko przygotowaliśmy co można do schronu i piwnic, a trzeba wiedzieć że dopiero wieczorem we czwartek ukończono przygotowanie drewnianych wzmocnień w schronie, nie przygotowaliśmy jeszcze ani miejsc do siedzenia ani do spania. Syreny nawoływały tymczasem i odwoływały naloty i tak wychodziliśmy i wchodzili by się ukryć przez nadlatującymi areoplanami.

Wszyscy zajęliśmy się uszczelnianiem okien i pakowaniem rzeczy. Okna u Tadziów Doktorów i u nas były zabite deszczułeczkami (dyktami). Najwięcej zajmowali się pracą Tadziu Celewicz z Jędrusiem, a Stasia z kolejarzem u siebie.

Wczoraj wieczorem była u nas Pani Olesiowa ze Zbyszkiem pożegnać się i zostawiła swoje rzeczy w opiece.

2 września, sobota

(…) Naloty były silne, zabito zastępcę naczelnika, Pana Sowę co strasznie przeraziło Państwa Skulskich. Po południu odjeżdża Stasia z Matką pociągiem ewakuacyjnym, żegnamy się z płaczem i smutkiem nie wiedząc na jak długo. Wieczorem wyszła moja Janeczka z Jasiem po chlebuś i przypadkowo na rynku mlecznym koło muru, gdzie siedzą przekupki, zauważył Jasiu kuropatewkę, która kilka dni przedtem uciekła a Stasia za nią strasznie desperowała. (…)

3 września, niedziela

Trzeci dzień wojny. Rano poszłyśmy do kościoła i spotkały Tadzia, który szedł również. Odprawiał w Kaplicy Ks. Cierniak, cały kościół zapełniony wojskiem gorliwie się na klęczkach modlących składających swe spracowane ręce do Boga, twarze jak ze stali. Nie można się było wstrzymać od łez, było to prawdziwe pożegnanie nieme naszych przy śpiewie „Boże coś Polskę” i ani nie słyszeliśmy przy głośnym śpiewie alarmu syren wzywających do schronów. (…)

Były częste naloty samolotów niemieckich a wojska nasze odchodziły na granicę. Słuchaliśmy różnych komunikatów. Tadziu urzędował jeszcze na kolei ale nas odwiedzał i opowiadał o Papie Skulskim. Pociągi szły jeszcze ku Tarnowu, zaś od Piwnicznej były zerwane mosty już od kilku dni, to znaczy już może od piątku. Mama Celewiczowa z P. Marią najprawdopodobniej pojechała w sobotę rano do Żeleźnikowej.

4 września, poniedziałek

Zaczęliśmy gorączkowo pakować rzeczy z pokoi aby się nie zniszczyły i stłukły od wstrząsów i strzałów. Zdjęliśmy lustra ze ścian i obrazy cięższe.

W południe przyszedł Pan Ożga z prośbą czy byśmy nie przyjęli Helę na noc do schronu, bo żona strasznie jest zdenerwowana. Zaprosiliśmy Helę serdecznie, by jak najspieszniej przybyli, że raźniej i nam będzie. Przywieźli więc trochę rzeczy a sami przyszli z Julianem wieczorem. Ponieważ byli bardzo zgrzani i zmęczeni to Helcia, Maniusia i Janusia poszli wszyscy do Dyrka napić się piwa. Tam spotkali Tadzia doktora z Papą Wodziczką. Ja rozdawałam Jędrusiowi i Dzieciom kolację.

Wtem przyszła Kordylowa, że się pali rafineria i rzeczywiście była duża łuna, jednak to był pożar mostu w Kurowie. Stanisławowa nasza w trwodze o swego Syna radzi mi bym wysłała też i Jędrusia do Gorlic, by ratować młodzież. Maniusia wystarała się o pozwolenie wyjazdu dla Jędrka i Karola, którzy razem spakowani w plecaki wybrali się na stację do pociągu. Pojechali koło północy. Jędruś do Gorlic, a Karol gdzieś do Niska koło Rzeszowa.

Na ulicach koło domu straszny ruch, pełno furmanek kilkoma rzędami. Ponieważ u nas w domu był Urząd gminny, gdzie się zgłaszały wszystkie furmanki pełno też nawozu i nieporządku, również u nas na podworcu. Taki huk i turkot wozów, że oka nie można było zmrużyć. Nad ranem wyjechał Urząd gminy i opustoszały ulice.

Franciszek cały okres przedwojenny pełnił służbę szofera z wozem Tadzia i jeździł z rozkazami. Tej ostatniej nocy wrócił z Kielc o których opowiadał, że były bombardowane.

Nasz Zbyś jako harcerz pełnił także służbę. Jeździł z kartami mobilizacyjnymi i imiennymi rozkazami, nawet podczas nalotów nieprzyjacielskich, o co się strasznie Janeczka martwiła, bo był wielki ruch wojsk, aut i pojazdów kołowych. Dzielnie się z tego wywiązał i opowiadał jak widział że strzelali z areoplanów.

Fragment zapisków Marii Zielińskiej

5 września, wtorek

Dzień rozpoczęliśmy już o piątej rano, gdyż syrena ostatnia ostrzegała nas przed niebezpieczeństwem. Janusia nasza sławna „kawiarka” nastawiła na całym stole dobrych kaw, które piliśmy przegryzając pyszne bułeczki z masłem.

Cała Rodzina Państwa Flisów – osiem osób, zgłosiło się do nas do schronu, ale jakoś widząc naszą postawę silną i odwagę wrócili do domu swego, zwłaszcza, że trzy osoby z nich były za bardzo chore, by z nami zajmować miejsca w schronie.

Niesłychana rzecz, by coś człowiek dostał za darmo. Rozdawali tytoń w magazynach. Ludzie pędzili po to jak po złote runo i nawet fiakrami i wózkami jeździli. Kobiety nawet wypychały sobie majtki paczkami, a spódnice górą zapełnione miały. Takie straszne zapasy nie dały się wyczerpać i jeszcze masę zostało dla Niemców.

Silne strzały armatnie, karabinów i warkot areoplanów trwał bez przerwy. Trzeba było silnie się opanować, siedzieliśmy też chwilami w piwnicy, albo trochę wietrzyli się przed schronem i zaczerpywali powietrza. Gotowało się na górze, ale jeść trzeba było czasem i w schronie. Nasza Kasia dzielnie znosiła strzały i trzeba było ją gwałtem sprowadzać na dół. Znosiła nam też i prowiant z miasta, to znaczy bułki, chleb i mięso. Z pewną ilością komunikatów zastępowała nam też zamilkłe radio (…).

Na ulicach przesuwały się wojska w różne strony. Ludzie biegli w panice, uciekali piechotą z rzeczami, Żydzi uciekali masowo, choć dziwne że ich i tak dosyć zostało.

Po południu zaczęła się ostra strzelanina z armat, z karabinów i gęsto przelatywały samoloty bezkarnie (…).

Za chwilę przychodzi przerażona dziewczyna PP Ożgów Stefcia i opowiada straszne rzeczy, że dom Heli jest zniszczony od strzałów, a Juhas w zamęcie uciekł. Obydwie z drugą dziewczyną Antosią były w piwnicy, kiedy jednak granat jeden uderzył w dom w balkon, a drugi w ogród i drzewo, zabił kaczkę i wykopał lej w ziemi. Przerażona Stefcia wybiegła z piwnicy i wtenczas została ranna w bok i oparzona na plecach. Antosia leciwa dziewica ubrana była dostatnio i dzięki temu odłamki szrapnelu zatrzymały się w sukni wierzchniej, reszta nienaruszona.

Ranna Stefcia została u nas na noc w schronie. Mieściliśmy jak było można. Jedni siedzieli, drudzy leżeli. Np. Pan Ożga cierpiący na Ischsias miał najlepsze miejsce na maglu, a pod głową duży kamień, jednak położoną miał kołdrę i poduszkę.

Na kolację wyszliśmy na górę, słuchaliśmy jeszcze radia widzieliśmy straszne rzeczy w kilku miejscach od zachodu za Dunajcem. I tak w Świniarsku widzieliśmy cztery płomienie straszne i tak paliły się nasze wsie sąsiednie.

Mieliśmy spać na górze, ale straszne strzelanie bliskie zmusiło nas zostać w piwnicy gdzie lokowało się najpierw dzieci do spania. Nasi chłopcy dostali łóżko P. Kordylowej składane. Inni spali na ławkach lub podłodze i zmieniali się. Zaglądało się na pole często, by znowu zmęczonym rzucić się chociaż na posłanie.

Domęczyliśmy się do rana do świtu, aż tu tą straszną wiadomość nasza Kasia Przyniosła, że Niemcy już chodzą po ulicach.

Nowy Sącz wrzesień 1939. Żródło: Fotopolska.eu

Środa, 6 września

Poszliśmy przerażeni cichutko na górę i chyłkiem wyglądali z ganku na ulicę i widzieli grupki zielonkawych żołnierzy.

Pogoda była cudna, towarzyszyła ciągle tym smutnym wypadkom. Była pełnia. Zobaczyć można było wszystko. Piękne gwiaździste niebo, śliczną jesień polską, chłodne noce a dnie prawie gorące, deszcz nie padał może więcej jak dwa tygodnie.

Pełno też prochu (dymu, kurzu), przy strasznej ilości aut i furmanek i ciągłych przemarszów wojsk. Ciągle jeszcze obowiązuje zaciemnianie okien, chodzić można do siódmej, a o szóstej zamykają sklepy. Areoplanów jeździło ciągle masę, nawet bombowców.

PP. Ożgowie po obiedzie poszli do domu zobaczyć tą straszną ruinę. My po podwieczorku poszli oglądać zniszczenie żydowskiej dzielnicy. Przeszliśmy koło poczty rynkiem, gdzieśmy nie zobaczyli zniszczenia, pełno Żydów, radzą po swojemu przed każdym sklepem, aż doszliśmy do ulicy Kazimierza. Było obydwoma stronami ulicy dużo zniszczonych domów, wybitych od bomb czy granatów, masę roztłuczonych szyb. W domu u Gelba w podworcu ogromne zniszczenie, miał być podobno nawet ogień ale zgasili, strasznie wszystko przygnębione, przenoszą różne rzeczy bezradni nie wiedząc co dalej będzie.

Doszliśmy do zamku, tam lekkie na podworcu znać straty wojny, były ustawione armaty poprzednio. Świeżo zrobiony grób wśród klombów jakiegoś oficera niemieckiego, zeszliśmy na dół spoglądając na przejeżdżające od mostu Heleny wielkie auta z wojskiem, które ze Świniarska nieprzerwanym sznurem wśród kłębów dymów (prochów) sunęły na przód. Od Przetakówki podążało kilka furek nakrytych płachtami, kocami, nawet z guzikami, niektóre ciągnięte przez liche koniki, ale przeważnie przez krowy powracające po ewakuacji do Podrzecza i Stadeł. Dzieci częściowo na wozach to znowu obok zmęczone. Witali się pozdrowieniem rąk z wojskiem.

Obeszliśmy następnie do Kościoła OO. Jezuitów, który był zamknięty, tam się trochę pomodlili, poszli do Fary ale i tam było całkiem zamknięte. Stał Ks. Infułat z Księżmi, prawie wszyscy od Fary zostali.

U Państwa Nowakowskich także powybijane szyby a podobno i dach coś uszkodzony. Pan Nowakowski odjechał, Ona została. U PP. Ritterów także trochę rozbite szyby (…)

Przygotował Bartłomiej Celewicz