Strona główna Wczoraj i dziś

Sądeckie knajpy w czasach PRL (odcinek 7)

CCI20150309_0009
Nowosądecki Rynek w pierwszej połowie lat 60. ub. wieku. Fot. Henryk Hermanowicz / Wydawnictwo Sport i Turystyka

Pozornie zwyczajne zdjęcie fragmentu Rynku dla naszej rubryki nie jest już takie zwyczajne. Po pierwsze widać, że na kamienicy Rynek 28 nie ma szyldu (może akurat zdjęto go do malowania albo po prostu powieszenie go nie uznano za konieczne), a mieścił się tam wówczas na parterze lokal kategorii II Podhalanka (później Staromiejska i Staropolska, pisaliśmy o tym m.in. tutaj).

Po drugie – to jedna z nielicznych fotografii centrum Nowego Sącza na której widać saturator. Można go wypatrzeć pod apteką Rynek 27 (apteka założona w 1872 roku, przetrwała dwie wojny światowe i nacjonalizację, zlikwidowana w XXI wieku).

Młodszym Czytelnikom należy się parę słów wytłumaczenia, czym był ów saturator. To wózek na dwóch kółkach, z którego sprzedawano wodę z wodociągu nasyconą dwutlenkiem węgla (z butli będącej na wyposażeniu wózka) aż w dwóch wariantach – z sokiem i bez soku. Woda powszechnie zwana była „gruźliczanką” z powodu sposobu podawania: sprzedawca miał tylko kilka szklanek, które po użyciu były lekko przepłukiwane wodą i ponownie napełniane „sodową” kolejnym spragnionym…

PIC_40-4-401-2
Saturator na ulicach Warszawy, lata 60. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Wbrew pozorem mało higieniczny sposób podawania (jednorazowe kubki dotarły do Polski znacznie później) nie zniechęcał wielu i do saturatorów (stojących w każdym większym mieście) w upalne dni ustawiały się kolejki. Woda kosztowała 50 groszy, ale z dodatkiem soku już złotówkę.

Czy Państwo pamiętacie jeszcze saturatory na sądeckich ulicach? Gdzie jeszcze, poza Rynkiem, sprzedawano wodę sodową?

Saturator to była PRL-owska „gastronomia dla każdego”, dostępna od ręki. Na wejście do popularnych knajp często trzeba było czekać, aż zwolni się stolik. Tym bardziej, że po kraju rozchodził się mit o niezwykłości sądeckiej gastronomii.

Mróz dochodzi do 20 stopni. Na szybach szron. W „Imperialu”, nowej restauracji przy ulicy Jagiellońskiej, jest ciepło i przytulnie. Nowoczesne wnętrze, sufit „podwójny”, wsparty na dwóch kolumnach, kryte oświetlenie. Na podium stoją oparte o ścianę instrumenty, orkiestra na razie jeszcze nie gra. Dywany, przyjemne meble i uprzejma obsługa. Najprzyjemniejsza jest jednak karta dań – długa i najeżona niesłychanie smacznymi nazwami.

imperialprawy
Wnętrze Imperialu z lat 70. Fot. Z. Żyburtowicz / Krajowa Agencja Wydawnicza

W Nowym Sączu proszę państwa, można od rana do wieczora jeść.Nowosądeckie Zakłady Gastronomiczne dwukrotnie zdobyły pierwsze miejsce w Polsce. Nowy Sącz chce trafić do serc rodaków przez żołądek – i ma w tym dużo racji, bowiem my Polacy lubimy na ogół dogadzać swojemu podniebieniu.

Turysta, który przyjedzie do Sącza, jeżeli chce zjeść dobry obiad, całkiem śmiało może udać się do „Imperialu” lub do każdej innej restauracji czy gospody, których tutaj nie brak. W rynku znajduje się piwiarnia, w której zawsze można wypić kufel dobrego piwa. Ostatecznie Nowy Sącz, leżący w centrum turystycznego powiatu, pretenduje do miana poważnego ośrodka turystycznego” – zachwalał Janusz Roszko w wydanym w 1966 roku albumie „Brzegami Popradu”.

Nawiasem mówiąc autor tekstu musiał odwiedzić niejeden lokal gastronomiczny z suto zakrapianą kolacją, skoro w książce i takie zdanie się znalazło: „Nocą świecą się neony i miasto z błyszczącą wysoko nad dachami tarczą ratuszowego zegara wygląda jeszcze weselej niż Kraków” ale to już temat na całkiem inną opowieść.

(jm)