Strona główna Wczoraj i dziś

Strajk w magistracie. Sprzed 110 lat

Nowosądecki rynek z ratuszem na pocztówce sprzed 100 lat. Źródło: Fotopolska.eu

Już pod koniec XIX wieku w Nowym Sączu pojawiały się pierwsze próby zorganizowania większego strajku. Inicjatywa wychodziła często ze środowiska kolejarzy, którzy byli silnie związani z ruchem socjalistycznym. Dopiero 110 lat temu zorganizowano spektakularną akcję protestacyjną.

Czasy burmistrza Władysława Barbackiego jawiły się nowosądeczanom jako złoty okres dla urzędników. Prasa kreśliła obraz „kliki” rządzącej miastem, która cały czas przyznawała sobie podwyżki. Nie ma co się dziwić, że aktywność socjalistów w tym okresie była wzmożona.

Władysław Barbacki (1854-1938). W latach 1900-1918 Burmistrz Nowego Sącza. Fot. UM NS

Najbardziej spektakularny strajk w czasach autonomii galicyjskiej przeprowadzili pracownicy Magistratu, których nazywano „służbą miejską”. W tabeli płac zajmowali pozycję za urzędnikami, a ich wypłata była dużo mniejsza.. W 1907 r. czara goryczy się przelała i postanowili zastrajkować. Pracownicy twierdzili, że nie ma uchwalonego regulaminu pracy, funduszu emerytalnego i w ogóle spycha się ich na drugi plan.

Strajkujący powoływali się na przykład policjanta, który wówczas zarabiał 50 koron. Prasa wyliczyła, że miesięcznie musi on wydawać pieniądze na: mundurowe (2 k.), 3-5 k. na kary służbowe, 10 k. na czynsz, 8 k. na opał i oświetlenie. Biorąc pod uwagę, że ma kilkuosobową rodzinę, pozostawało mu około 80 hl. na życie. Według gazet warunki życia tych ludzi urągały ich godności, a ich „pół nagie dzieci przymierały w zimnych norach”. Do tego w mieście pojawiła się drożyzna, a władze niespecjalnie chciały się tym zająć.

13 lipca 1907 r. pracownicy przekazali Władysławowi Barbackiemu petycję i swoje żądania. Burmistrz zlekceważył ich postulaty, rzucając w ich stronę słowa: „niechaj żony służby miejskiej nie chodzą w kapeluszach jeno w chusteczkach, niech idą prać, zamiatać i do innej roboty”. Nie może zatem dziwić, że patrząc na taką butę władz miasta, wszyscy porzucili swoje stanowiska pracy.

Ratusz na pocztówce z początku XX wieku. Źródło: Fotopolska.eu

Zrozpaczony Barbacki powołał na służbę straż ogniową, wszystkich wyższych urzędników. Od tej pory, zamiast pracować za biurkiem, mieli za zadanie… zapalać lampy, pilnować porządku i sprzątać ulice. Jak można się domyślić, nie sprawdzili się na takich tymczasowych posadach, a miasto w skutek braku oświetlenia i policji, stało się niebezpieczne.

Burmistrz wysłał sprawozdanie do starostwa i namiestnictwa twierdząc uparcie, że protestującym nic się nie dzieje, a chodzi jedynie o „agitację socjalistyczną”. Obrażona służba nie wyobrażała sobie rozmawiać ze skompromitowanym burmistrzem. Postulowano, aby ich sprawami zajęła się rada miasta.

Barbacki wezwał do siebie magistrat, który odsunął kilkudziesięciu ludzi od pracy, „co też cielęco powolny magistrat uchwalił” – jak zanotowała prasa. Ponadto zażądał, aby starostwo zajęło się usunięciem strajkujących z koszar policji. Napisał ponadto pismo do Lwowa, gdzie… poprosił o dodatkowe oddziały wojska. Strajk mógł się więc przerodzić w krwawe zamieszki.

W mieście pojawiały się głosy, żeby się dogadać. Zwolennikiem takiego rozwiązania był nawet przyjaciel Barbackiego, starosta Jarosz. Na nic zdały się te próby, bowiem za burmistrzem stał murem cały aparat urzędniczy. Padały coraz ostrzejsze słowa. Sekretarz starostwa krzyczał do strajkujących, że jak nie wyjdą z koszar to on „wygłodzi ich jak szczury”, a także , że nie dopuści „tej hołoty z powrotem do służby”. Zwolennicy Barbackiego, jak radny Gustaw Stuber, doradzali wprost użycie broni.

Źródło: Fotopolska.eu

W sprawę zaangażowali się radni i jezuici, na czele z ks. S. Załęskim. Udali się do burmistrza, aby sprawa zakończyła się pokojowo. Perswazje jezuity przekonały Barbackiego. Wszystkie zwolnienia zostały cofnięte. Burmistrz „spokorniał tak dalece”, że poszedł do koszar, gdzie osobiście rozmawiał z protestującymi. Obiecał, że spełni ich żądania, pod warunkiem, że wrócą do pracy. Tak też się stało.

Wkrótce nad losem pracowników magistratu obradowali radni, jednak – jak to często bywa do dziś – nie spełnili obietnic. W 1909 r. , podczas specjalnego wiecu, obradowano „w sprawie poprawy bytu i uregulowania stosunków służbowych”. Nowosądeczanie chcieli się tym samym włączyć w ogólnokrajową akcję.
Dopiero w 1910 r. radni uchwalili statut, gdzie wydzielono prawa i obowiązki urzędników. Dla wielu z pracowników magistratu przepisy były jednak niejasne. Zarówno strajk, jak i uchwały rady miasta nie poprawiły sytuacji służby miejskiej.

Łukasz Połomski