Strona główna Twoje miasto

ŚWIĘTO DZIECI GÓR: Wieczór podhalańsko-węgierski

podha1
Fot. Dorota Bielska / MCK Sokół

To jest miejsce, w którym rodzi się dobroć i pogoda ducha. Józek Broda wraz z publicznością wygania licho wszelakie śpiewem „Pasiesioj”. MALI HAMERNICY są z Krakowa, z Nowej Huty. Tam kiedyś przyjechali – jak to się mówi – za chlebem ludzie z Podhala, bo tam była praca. Ale nie chcieli i wciąż nie chcą odciąć się od podhalańskich korzeni. Bo korzenie piękne.

Obrazek zaczyna się fantastycznie, grupa dzieci ze. wszystkim i wszędzie. Koła popychane patykami, drewniane taczki i ptaszki klaskające skrzydełkami, koszyczki na majowe ziele.. Wyzbierali wszystkie kwiatki to i miejsce się zrobiło. Potoczyło się koło młyńskie za cztery ryńskie, po szerokim stawie popływały łabędzie, talarek krążył w koło i znikał w ręce niewiadomej, gąski próbowały się przebić przez wilczą zaporę, baba zasiała całe pole maku, figury zaległy polanę. Długo nie postały, bo się zjawili starsi chłopcy, a jak starsi, wiadomo, władzę mają większą. Zabawy bardziej już takie „kto sprawniejszy, kto silniejszy, kto przejdzie pod patykiem.” a jak znowu zostają młodsi z uporem wieku wracają do zabawy w figury, a po chwili pająk łapie muchy.

Dużo zabaw, ale w końcu i spodziewana odmiana. Przychodzi kapela i wszyscy wyśpiewują prowdę, w którą wierzą wszystkie dzieci ze wszystkich gór świata, a nas próbują do niej przekonać w Nowym Sączu od 22 lat:

Górale, górale, góralska muzyka
Cały świat obeńdzies
Ni ma takiej nika.

I tańce, wirujące kwieciste spódnice, kierpce muskające lekko deski sceny. A gdzieś tam z boku najmłodsi nie próżnują, przeskakują przez wirującą skakankę, próbują naśladować muzyków na wystruganych z kawałka drewna gęślach, przeciągają kij, jak linę. Między tańcami – śpiew, z głęboka, z trzewi, z góralskiego serca, które góralskim pozostaje, choć na co dzień mieszka w przemysłowej dzielnicy królewskiego miasta. Serca, które na pytanie, czy ci nie żal? Zawsze odpowie. żal. Ale co było robić? Takie życie.
Koniecznie Zbój, z kijami zamiast ciupag.

Na zakończenie holny wiater poszedł z nowiną, że nasi idą ku dolinom. I poszli.

Pięknym zrządzeniem zespół CSICSERGOK z Ulles wystąpił na sądeckiej scenie w dzień św. Kingi, tej, która do Polski, potem i na tę ziemię przybyła również z Węgier, przynosząc nam w wianie – jak uczy legenda – sól głęboko skrytą pod ziemią.

podha2
Fot. Dorota Bielska / MCK Sokół

Młodzi węgierscy artyści rozpoczęli tańcem z północno-wschodniej części kraju. Zaśpiewali i zawirowało. Żywiołowo, czasem wydawało się nawet, że chaotycznie, że każda grupka tańczy coś innego. Zakończyli jednak wspólnie, z przytupem, przywrzaskiem i przyklaskiem. Poważnie wyglądali panowie w czarnych lub brązowych kapeluszach i kamizelkach „pod kolor”, lekko wyglądały dziewczęta w spódnicach tuż nad kolana.

Wyciszenie. Dwie dziewczynki śpiewają a’capella starą siedmiogrodzką pieśń o jaskółkach, co odlatują, ale na wiosnę wracają, a człowiek nie zawsze. Taka pieśń o tęsknocie.

Ze wschodniej części Węgier – zabawa , trochę przypominająca salonowca. Chłopak zgaduje, kto go uderzył w dłoń trzymaną przy twarzy. Potem jeszcze jedna zabawa, ale już mniej zrozumiana, tańce w parach i grupach, popisy chłopaków, przyklaski, uderzenia w cholewy. W regionie, z którego pochodzi ten taniec, tak się bawiono w izbach, gdzie się ludzie zbierali, by wełnę prząść.

Czas na zmianę strojów wypełnia utwór instrumentalno-wokalny. Dwoje skrzypiec, altówka, bas i ten najwspanialszy instrument – dziewczęcy głos. To ponoć ulubiona muzyka węgierskiej kapeli. W ostatniej odsłonie zabordowiło się od sukien i kubraczków dziewczęcych, chłopcy ubrali wełniane portki, trochę jak te, z Podhala. To opowieści taneczne z Siedmiogrodu. Miejsca, gdzie dzięki jednemu z najlepszych polskich królów, który nigdy nie nauczył się naszego języka, splatają się losy dwóch bratanków dzierżących w czwartek władzę nad Nowym Sączem.

Kamil Cyganik