Strona główna Wczoraj i dziś

Szwedzko-sądecka miłość sprzed wieków

Basia z Sącza
Basia z Sącza to legendarna bohaterka, dzięki której miasto zostało oswobodzone spod okupacji szwedzkiej w 1655 roku. Fot. Piotr Droździk, ze zbiorów Fundacji Nomina Rosae

W dziejach Nowego Sącza miało miejsce kilka spektakularnych miłosnych historii. Zdarzały się także takie, które obrosły legendą. Jeden z najgłośniejszych romansów miał miejsce w połowie XVII wieku.

Jesienią 1655 roku całą Rzeczpospolitą zalał szwedzki potop. Polski król uciekając przed najeźdźcą przebywał nawet w Nowym Sączu. Szwedzi jednak i tutaj dotarli, a Jan Kazimierz musiał uchodzić przed wrogimi wojskami. W mieście rozpoczęła się okupacja szwedzka, wyjątkowo grabieżcza i brutalna.

Szwedzi obciążali mieszczan kontrybucjami, łupili domy najbogatszych. Ze zgrozą opowiadano nawet o złupieniu podziemi sądeckiej Kolegiaty, gdzie w katakumbach spoczywali najzacniejsi mieszczanie. W wojsku szwedzkim, jak to w wojsku – byli tacy, którzy z gorliwością wykazywali się w wykonywaniu rozkazów, ale byli też tacy, którym było wszystko jedno.

I tutaj pojawia się właśnie przedstawiciel tej drugiej opcji, „lepszych żołnierzy”, który był muszkieterem w pułku księcia heskiego. Podobno nazywał się Oskar Lichtenow, rzeczywiście taki Szwed kwaterował w mieście. Wykonywał więc swoje rozkazy – patrolował ulice, pełnił wartę. Zapewne podczas właśnie takiej służby zobaczył wybrankę serca. Zakochał się od pierwszego wejrzenia.

Jego miłością została Basia – „kwiat Sącza”, jak zapisał Mieczysław Romanowski. Tak naprawdę w legendach była to bezimienna „piekareczka”, w niektórych wersjach opowieści sprzedawała pieczywo – tak czy owak była powalająco urocza. Szczęsny Morawski domyślał się, że mogła pochodzić z rodzin Matyaszów, Nowakowiczów albo Stanisławów, którzy byli piekarzami. Piękna czarnowłosa dziewczyna zakręciła w głowie szwedzkiemu wojakowi. Żołnierz tak bardzo kochał się w dziewczynie, że nawet nauczył się podstawowych zwrotów, a pośród nich zapewne niemal sakramentalnego „kocham cię”. Nie była to miłość jednostronna, Basia chętnie przebywała w towarzystwie młodziana.

Dookoła miasta sytuacja Szwedów była coraz gorsza. Chłopi wyrzucali malutkie posterunki wojskowe stosując metodę walki partyzanckiej – wszak w historii wychodziło to nam perfekcyjnie. Okoliczną ludność wspierali finansowo bogaci mieszczanie z Nowego Sącza. Tak więc sytuacja wojsk okupujących Sądecczyznę była coraz gorsza. Szwedzi nie byli idiotami, więc postanowili ten bunt i spisek utopić we krwi.

Plan był prosty. Część z załogi szwedzkiej 12 grudnia 1655 roku opuściła mury Nowego Sącza, aby rozprawić się raz na zawsze z buntownikami i podżegaczami na sądeckiej wsi. Reszta została w Nowym Sączu, aby kolejnego dnia (13 grudnia) wymierzyć sprawiedliwość kupcom i handlarzom sponsorującym działalność partyzancką. Z racji, że Szwedzi stosowali odpowiedzialność zbiorową – jak to na wojnie – zapewne planowali mordować ku przestrodze wszystkich mieszkańców.

Szwedzki kochanek Basi wygadał się jej z zamiarów jego kompanów. Chciał w ten sposób ostrzec ukochaną, aby nie padła ofiarą przygotowywanej zbrodni i aby co szybciej uchodziła z miasta. Sądeczanka niewiele się zastanawiając oznajmiła to wszystkim zainteresowanym. Pobiegła do Falkowej, do pisarza miejskiego Suszyckiego, który oznajmił o tym wojskom i partyzantom, szczególnie oddziałowi Wąsowiczów. Znała doskonale plany wojsk okupanta, więc można było planować w mieście powstanie. Być może Basia nie była jedyna. Zdaniem Szczęsnego Morawskiego wielu Szwedów zostawiło swoje serce sądeczankom, a owocem tych związków były nawet dzieci.

Sądeczanie wyprzedzili atak Szwedów o świcie 13 grudnia. Zaskoczyli ich, zanim okupanci rozpoczęli rzeź. Mieszczanie zamordowali niemal wszystkich, a jednym z poległych był kochanek Basi. Ta, czy z rozpaczy, czy z innych powodów zaginęła. Wieść gminna niesie, że poszła w świat, może na Węgry? Nikt tego nie doszedł. Tak narodziła się legenda. Pozostała po niej jedynie kapliczka szwedzka, gdzie pochowano zabitych wówczas okupantów.

W 1861 roku Mieczysław Romanowski napisał „Dziewczę z Sącza” i tak utrwalił tę piękną legendę z XVII wieku. Pisarz przybył do Nowego Sącza w sierpniu 1858 r., aby szukać wątków tej sprawy w miejskim archiwum, ale nic nie znalazł. Cały dzień przesiedział w ratuszu szukając śladu Basi. Poeta zachwycał się za to krajobrazem sądeckim określając go „przecudny”. W sprawach literackich oparł się na informacjach od Szczęsnego Morawskiego oraz lokalnych przekazach. I tak dzięki Romanowskiemu w naszej świadomości została piękna legenda o Basi i jej szwedzkim wybranku.

Łukasz Połomski

Reklama