Strona główna Wczoraj i dziś

Wanda Parylewiczowa – największa skandalistka II RP (cz. 2)

Siostra ministra Bronisława Pierackiego często używała panieńskiego nazwiska aby otwierać sobie potrzebne drzwi. Dla zadłużonej po uszy sądeczanki, pochodzenie okazało się najpierw kołem ratunkowym a potem kotwicą, która nieoczekiwanie pociągnęła ją na samo dno.

W poprzedniej części opisywałem jak Wanda wpadła w długi. Swojej przywary jaką była rozrzutność nie pozbyła się ani w Nowym Sączu, jak też w Tarnowie i Krakowie. W stolicy Małopolski zdobywała nowe znajomości. Razem z mężem gościła na kolacji nawet niemieckiego ministra Hansa Franka. Kto wie, może wówczas Kraków przypadł mu do gustu…

Szybko znalazła sposób na wychodzenie z długów. Pewnego dnia postanowiła „pomóc” ludziom, którzy pisali listy do jej męża. W sądach mogła załatwiać wszystko, przy okazji zbierając pieniążki za pośrednictwo. Nigdy nie mówiła, że coś „załatwi” na pewno. Swoim petentom tłumaczyła, że musi podróżować w ich sprawach po całym kraju. Szybko zaczęła polecać ludzi na stanowiska, pomagała zdobywać koncesje itd. Rozbudowała całą siatkę „pomocy” a jej słynną asystentką w Tarnowie była Helena Fleischerowa, która ze zwykłej handlarki stała się najbardziej wpływową Żydówką w kraju. Była pośredniczką między petentami a Parylewiczową.

Śmierć brata była dla niej jak woda na młyn. Litując się nad rodziną ministra, Pierackim nikt już nic nie odmawiał. Przez wzgląd na zamordowanego brata otwierały się dla Wandy wszystkie drzwi, co za tym idzie zaczęła załatwiać coraz więcej spraw. Aby być bardziej przekonywująca najczęściej powoływała się na swoją matkę, staruszkę, która żyła gdzieś w dalekim od wielkiej polityki Sączu.

parylewicz2
Franciszek Parylewicz, mąż Wandy, tu jako prezes Sądu Apelacyjnego w Krakowie, 1932 r. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

W 1936 roku jej prośby wysyłane do Sądu w Tarnowie zaczęły budzić podejrzenia. Każdy jednak bał się donieść na Wandę. W końcu padły oskarżenia. W trybie nagłym wezwano jej męża do Warszawy i zdecydowano o aresztowaniu Wandy. Franciszek, który 24 czerwca pojechał do stolicy liczył, że uzyska pożyczkę u samego Ministra Sprawiedliwości i uda mi się jeszcze sprawę długów odkręcić… W tym czasie Wanda była już spakowana i zdecydowana na ucieczkę spod Wawelu. Kiedy jej mąż usłyszał od ministra Michałowskiego, że dobrze by było gdyby sam podał się do dymisji, Parylewiczowa bawiła już w Kalwarii. Oczywiście nikt o tym nie wiedział, a rodzina poszukiwała ją umieszczając informacje nawet w prasie. Wraz z upływem kolejnych dni jej mąż dowiadywał się o tym co przez lata robiła jego żona. Był przerażony. Wanda wysłała mu list z wyjaśnieniami z Kalwarii. I tutaj popełniła błąd. Była osobą poszukiwaną przez policję w całym kraju – od Muszyny, przez Nowy Sącz po stolicę.

Kiedy 20 czerwca przyjechała do Kalwarii wzbudziła podejrzenia. Samochód prowadzony przez samotną kobietę zrobił niemałe poruszenie. Przedstawiła się jako Maria Dziedzicka. Zdradził ją przekaz pieniężny jaki przyszedł na tamtejszą pocztę, na jej prawdziwe nazwisko. W końcu wpadła. Trafiła najpierw do więzienia w Tarnowie, potem do Krakowa. Wszystkiego się wypierała. Od 28 czerwca społeczeństwo stopniowo dowiadywało się szczegółów o łapówkarskim charakterze przestępstw Wandy. Poniekąd sądeczanka skompromitowała całe sanacyjne władze, które łagodziły sprawę. O sprawie mówiło się w Sączu, w Krakowie, w Warszawie, nawet na emigracji. Powstał nawet skecz o Parylewiczowej kabaretu Tam-Tam.

Więzienia nie rozpieszczały Wandy. Nie można się dziwić – polskie Zakłady Karne nie należały do najzdrowszych placówek resocjalizacyjnych. W więzieniach na różne choroby co roku umierało ok.27-28% osadzonych. Opinia publiczna niespecjalnie przejmowała się losem więźniów i apelem o poprawę warunków. Dla Wandy nie zrobiono wyjątku. Nie mogła się z nikim spotykać. Rodzina załatwiła jej adwokata Stanisława Szurleja, obrońcę m.in. Witosa i Żymierskiego. Nieważne, że jego klienci zazwyczaj przegrywali sprawy – należał do najlepszych adwokatów w sprawach politycznych. Kiedy wreszcie w październiku wystarał się o wizytę córki Janiny Janickiej u matki, ta zobaczyła ją w stanie rozstroju nerwowego. Od grudnia Wanda była poważnie chora. Prasa donosiła, że leży w łóżku. Ludzie czekali na proces a prasa składała jej życzenia noworoczne: „dobrego wyboru celi…”.

szurlej
Stanisław Szurlej, adwokat Wandy Parylewiczowej, zdjęcie z 1932 roku. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Jej zdrowie pogarszało się z dnia na dzień – w styczniu trafiła na oddział chorób wewnętrznych szpitala św. Łazarza w Krakowie. Umieszczona w separatce miała wrócić do więzienia za cztery dni. Pogarszające się zdrowie nie pozwalało na to, a sama Wanda oddawała się modlitwie i teologii. 24 stycznia gazety pisały, ze schudła 30 kilo, że pojawił się rak żołądka. 3 marca Wanda zmarła.

Ulica huczała od plotek. Prasa podporządkowana rządowi zamilkła. Byli tacy, którzy twierdzili, że jej śmierć była na rękę władzom sanacyjnym a nawet niektórzy się do niej przyczynili. Wszak brak procesu, to brak kolejnych oskarżonych. A wiadomo – Wanda znała świetnie elity II Rzeczpospolitej. Sama mówiła, że na procesie powie wszystko. Po sekcji zwłok podano, że przyczyną śmierci były zmiany w nerkach, wątrobie i obrzęk opon mózgowych. Konkretnej przyczyny nie podano. Winę lekarze zwalili na depresję, zubożenie warunków życia no i warunki więzienne.

Śledztwo ruszyło w późniejszym czasie. W 1937 r. składało się z 33 tomów akt i było najdroższym w historii w II RP. Wykonano ponad 100 ekspertyz biegłych, przesłuchano 750 osób! Dochodzenie zakończyło się na 42 aktach sprawy przekazanych do prokuratury. Ustalono, że po śmierci Wandy nie może być winnych skoro jej mąż o niczym nie wiedział. Nie miała ani współpracowników, znajomości i układów – jednym słowem działała sama. Mało tego – ustalono, że nic nie osiągnęła w swoich załatwianych sprawach… Czyli władze sprzątnęły sprawę pod dywan.

Po całej aferze pozostał tak zwany Lex Parylewiczowa. Znalazł się w dekrecie prezydenta Mościckiego z 22 XI 1938 roku o „ochronie niektórych interesów państwa”. Obok kar za niszczenie sprzętu wojskowego, osłabiania ducha narodu i słuchania nazistowskich stacji znalazł się oderwany od reszty przepis: „Kto powołując się na swój wpływ na urzędnika, podejmuje się pośrednictwa w załatwieniu jego pomocy sprawy urzędowej i za to przyjmuje korzyść (…) podlega karze do lat 5 lub aresztu”. Mało kto wie, że znajduje się też w obecnym Kodeksie Karnym z 1997 r. Tak oto Wanda z Pierackich Parylewiczowa na zawsze wpisała się w historię prawa.

Łukasz Połomski

Autor korzystał z książki Kamila Janickiego, „Upadłe damy II Rzeczpospolitej”.

Pierwsza część historii Wandy Parylewiczowej

Reklama