
Nowożytność to w naszym mieście wyjątkowo barwny okres. W historii Nowego Sącza skupiamy się na wielkich wydarzeniach ale zapominamy o tych, którymi żyli mieszkańcy miasta.
W 1448 roku erygowano Kapitułę Kolegiacką. Nowy Sącz stał się ważnym miastem na mapie kościelnej administracji, podniesiono jakość nabożeństw w kościele farnym a wśród kanoników zasiadali ludzie wybitni w ówczesnych czasach. O ile duchowni wypełniali w większości potrzeby ludu wiernego, różnie bywało z pozostałymi pracownikami kościoła. Zachowanie dzwonników, grabarzy głęboko odbiegało od przyjętych wówczas granic smaku i przyzwoitości.
Dzwonnicy mieli całkiem sporo zajęć. Ich praca była poważna – składali na początku przysięgę i obiecali pilnować swoich obowiązków. Ich zadaniem było oczywiście dzwonienie na różne okazje, ale także dbanie o bezpieczeństwo obejścia kościoła, służba przy ołtarzu w czasie Mszy. W tych czasach mieli obowiązek chodzić z tacą a także sprzątać posadzkę.
Pierwszy raz o dzwonach wspominał wizytator Januszowski w 1608 roku, choć wiemy ze były wcześniej. Prawdopodobnie od 1470 r., kiedy wybudowano wieżę północną.
Z biegiem czasu ilość obowiązków dzwonników powiększała się. Często zezwalano im na prowadzenie zapisów chrztu, co swoją drogą było niedozwolone według prawa kościelnego. Podczas wielkiej Mszy konwentualnej, w czasie święta św. Małgorzaty, odgrywali istotną rolę. Najpierw w procesji do kościoła wchodziło duchowieństwo a za nimi wszyscy wierni. Procesji towarzyszyły kadzidła i muzyka. Dzwonnicy, ubrani w komże, klęczeli na stopniach ołtarza i trzymali zapalone świece.
Przedstawiciel Kapituły decydował, czy dzwonić na pogrzebie, choć oficjalne zalecenia były takie, że nie można robić różnic ze względu na pochodzenie (1720 rok). Oczywiście za odpłatnością można było dzwonić przy innych okazjach. Swoją drogą pogrzeby były przedmiotem sporu między duchowieństwem a organistą. W 1723 r. Kapituła zadecydowała, że z pogrzebów organiści mają dostawać 1/3 dochodów. Wcześniej bywało rożnie z dzieleniem się pieniędzmi. W 1715 r. przestrzegano organistów żeby wychodząc z wikarym na pogrzeby poza miasto „nie krzywdzili wikarych”. Wygląda na to, że sami musieli egzekwować prawa do swoich pieniędzy…
Jedynym poważnym ekscesem była bójka z udziałem organisty Mateusza Wyrzykowskiego. W 1604 r. zasiadł w jednym z szynków przy „szklanicy piwa”. Uczniowie, którzy tam przybyli, na jego prośbę, śpiewali frywolne i obrzydliwe piosenki. Z racji, że rzecz działa się w karczmie, zapewne pojawiły się procenty. Kiedy skończył się śpiew, uczniowie poprosili organistę o nagrodę. „Pan Mateusz zerwał się, a zgromiwszy ich obelżywymi słowami, cisnął szklanice piwa w jednego z nich i oblał go”. Na szczęście cała awantura skończyła się bez ofiar, choć organista wyciągał szablę.
O ile z moralnością organistów było jeszcze w porządku, to dzwonnicy nie traktowali opinii publicznej poważnie. Jan Sygański pisał: „Dzwonnik, przedostatni w godności kościelnej, więcej też znaczył, niż się spodziewać można, bo lud wierny głos kapłański i kantora, głos organów i dzwonów – wszystko uważał za chwałę Pana. Jak organista z mieszczanami, tak dzwonnik z przedmieszczanami i wieśniakami był w zażyłości i doznawał ich względów”.

Dzwonnicy bardzo często byli złodziejami. Może nic w tym dziwnego, gdyby nie fakt, że okradali… swojego pracodawcę. W 1714 r. Marcin Kacała ukradł 30 piszczałek od organów. Schował je w browarze kustosza Kolegiaty a potem je spieniężył nowosądeckiemu Żydowi. Ponadto spieniężył żydowskim sąsiadom srebrną pieczęć bractwa różańcowego.
Poważnym problemem wśród dzwonników był alkoholizm. Zawód dzwonnika nie był wcale poważany. Podobnie było z grabarzami. O przedstawicielach tego zawodu krążyły wręcz niesamowite plotki.
Cmentarze znajdowały się wówczas wokół kościołów, w tym także wokół Kolegiaty. Grabarze mieszkali na cmentarzu lub w jego bliskiej okolicy. W 1741 roku Kapituła ubolewała nad jakością wykonywanej przez nich pracy. Podobnie jak dzwonnicy lubili wychylić kieliszka i mieli pociąg do… zwłok. Nie to jednak było najgorsze.
Skandalem okazało się zachowania grabarzy w 1652 r. W mieście wówczas szalała epidemia, ludzi chowano masowo w grobach. Jakub Świerkowicz wraz z Sebastianem Rozborowiczem pili wódkę z czaszki zmarłego syna Świerkowicza. Mieszkali sobie na cmentarzu przykościelnym.
Rozborowicz nie przestrzegał ponoć także przepisów bezpieczeństwa w czasie zarazy. Za odpowiednią opłatą nie grzebał mieszczan w cmentarzach poza miastem ale przy sądeckiej Kolegiacie. Łatwo można było go obwinić za rozprzestrzenianie się chorób w mieście.
Takie to były czasy…




![10 lat później: zmieniło się? [17] Lwowska 59, ibis, Szkoła Muzyczna Nowy Sącz ul. Lwowska 59 - kamienica Sieradzkich, (obecnie Apartamenty Lwowska)](https://twojsacz.pl/wp-content/uploads/2026/01/lwowska_59_10_lat-100x75.jpg)