Blackstar David BowiePopatrz w górę, jestem w niebie/mam tu blizny niewidoczne/mam swój dramat nieskradziony/teraz wszyscy już mnie znają. Tak zaczyna się Lazarus – ostatni utwór promujący najnowszą, wydaną zaledwie kilka dni temu płytę Davida Bowiego. Jest to też tytułowy kawałek z off-broadwayowskiego musicalu, bazującego na piosenkach artysty. Premiera miała miejsce kilka tygodni temu. Teledysk także pojawił się w sieci całkiem niedawno. Teledysk tajemniczy, symboliczny, pozornie niezakorzeniony w realnym doświadczeniu. W kontekście śmierci artysty – podobnie jak cała ostatnia płyta – jest boleśnie dosłowny, okazuje się być pożegnaniem i testamentem. Śmierć – ukazana w formie pantomimy, od której zaczynał karierę sceniczną – staje się ostatnim performancem.

Reklama

Ten tekst miał powstać mniej więcej teraz, ale miał być czymś zupełnie innym. Wydawało się, że premiera znakomitej nowej płyty jednego z ulubionych artystów jest świetnym pretekstem do napisania recenzji i powolnej reaktywacji bloga. Ale wszystko co tu miało być nagle traci na znaczeniu. Bo o czym teraz pisać? O płycie, która teraz jest już czymś innym niż była kilka dni temu – a może o Bowiem w ogóle?

Bowie niemal zawsze miał świetne wyczucie czasu i jego śmierć w jakiś sposób również się w to wpisuje. Cała promocja najnowszej płyty sprawia dziś wrażenie osnutej wokół nawet nie przeczucia, ale pewności nachodzącej śmierci. Tak jakby dokładnie wiedział, że stanie się to w ciągu kilku dni od premiery albumu. Ciekawie pokazuje to pewną dominującą w całej karierze muzyka cechę jaką jest napięcie między publicznymi personami i osobą prywatną. Wszystko u niego było grą, maską, ukrywaniem się w coraz to nowych wcieleniach, a zarazem każda z nich eksponowała jakąś część jego osobowości. Całą twórczość spajała bardzo intymna w gruncie rzeczy opowieść o strachu przed szaleństwem, o kompleksie mesjasza, o byciu wybrańcem, przewodnikiem groteskowego tłumu, który w środku jest przeraźliwie samotnym i tak naprawdę odrzuconym odmieńcem.

Bowie „zabił i pogrzebał lata 60te” (jak określił to jeden z krytyków, parafrazując popularną opinię o Joyce’ie i wieku XIX), gdyż zerwał z paradygmatem „autentyczności”, która wydawała się być podstawą rock’n’rolla. Ujawnił jej pozorność i względność, by w to miejsce włożyć – inspirowaną Warholem – celebrację ostentacyjnej autokreacji. „Nudzi mnie powszechne w świecie rocka kłamstwo i wynikające z niego przekonanie, że muzyk poza sceną jest tą samą osobą co na niej – na scenie zawsze stajemy się kimś innym, więc czemu nie wcielać się w wiele różnych osób?” – mówił w 1979 r.

Bowie bawił się z publicznością w chowanego: trochę się odsłaniał, by od razu na powrót się zakryć. Zostawiał ślady osobistych przeżyć i refleksji, ale tak przetworzone, by nie były od razu czytelne, by nigdy nie pokazać się za bardzo i nie dać się do końca poznać. Pod często wyrachowanymi zabiegami marketingowymi, pod umiejętnie kreowanymi i zmienianymi wizerunkami krył się jednak spójny przekaz i koherentna wizja świata, które może miała w sobie nawet więcej autentyzmu niż u innych muzyków na „autentycznych” się kreujących. „W gruncie rzeczy całe życie mówię o tym samym: o samotności, izolacji, strachu i nadziei – o rzeczach całkiem podstawowych i bliskich właściwie każdemu. Zmieniam spodnie i makijaż, ale pod spodem wciąż jest to samo”.

Z Blackstar jest podobnie. Płyta początkowo wydawała się intrygującą, lecz dość niejasną diagnozą współczesności. Bowie w teledysku do tytułowego utworu kreował się na kogoś w rodzaju mrocznego, diabolicznego proroka, „trickstera”, spoglądającego na ludzkość niejako z oddali. Doszukiwano się odniesień do przeszłości, albo rozmaitych metafor (Blackstar jako opowieść o ISIS, kryzysie religii i upadku zachodniej cywilizacji chociażby). Niemal nie pokazując się publicznie od prawie dekady, nie udzielając wywiadów, Bowie wydawał się postacią na poły mityczną, abstrakcyjną, dbającą o utrzymanie własnej legendy, a zarazem podrzucającą publiczności coraz to bardziej enigmatyczne przekazy. Jego stała obecność była wyczuwalna jako uniwersalny punkt odniesienia dla wszystkich poziomów kultury popularnej (i nie tylko), ale był już raczej symbolem niż żywym człowiekiem, który może cierpieć, chorować i wreszcie umierać jak zwykły śmiertelnik. Stąd jeszcze kilka dni temu żadnemu z recenzentów, dziennikarzy, publicystów i fanów nie przyszło do głowy, że tym razem twórca Ziggy’ego Stardusta odsłania się być może bardziej niż kiedykolwiek, że teledyski i teksty z ostatniej płyty należy odbierać właściwie dosłownie (co nie pomniejsza ich naszpikowanego odniesieniami i metaforami erudycyjnego charakteru).

Bowiemu nieobce było czarne, ironiczne brytyjskie poczucie humoru. Myślę, że miał sporo zabawy obmyślając swój dość makabryczny plan gwałtownej zmiany kontekstu w jakim album będzie funkcjonować. Wiemy już teraz przecież, że na nowotwór chorował od 18 miesięcy. Wtedy też zaczął pracować nad płytą. Producent i wieloletni przyjaciel artysty Tony Visconti: „Bowie umarł tak jak żył – uczynił z własnej śmierci część swojej sztuki. Ta płyta od początku była pomyślana jako prezent na odchodne. Od roku wiedziałem, że to się dokładnie tak skończy. Nie oznacza to, że byłem w stanie się przygotować”.

Ten „prezent na odchodne” okazuje się być płytą co najmniej znakomitą, a na pewno najlepszą i najciekawszą jaką David Bowie nagrał od 1995 r. i albumu Outside. Bowie znów eksperymentuje, zgrabnie lawiruje na granicy popu, rocka i awangardy, a wszystko doprawione jest elementami freejazzowymi, a to dzięki udziałowi zupełnie nowego zestawu młodych, głównie właśnie jazzowych muzyków: znakomitego saksofonisty Donny’ego McCaslina pożyczonego z big bandu Marii Schneider i jego towarzyszy. Spośród nich wybija się zwłaszcza Mark Guiliana – nie tylko odnajdujący się świetnie w pozajazzowych konwencjach, ale także będący mistrzem w imitowaniu brzmienia automatów perkusyjnych na żywych, analogowych bębnach.

Nie jest może Blackstar płytą przełomową i nowatorską, która wytyczy nowe kierunki rozwoju muzyki popularnej, jak to bywało w przeszłości Bowiego, niemniej jednak, mimo dusznego i mrocznego charakteru, brzmi niezwykle świeżo i witalnie. Owa witalność manifestuje się czasami czystą agresją, co słyszalne jest zwłaszcza w Sue i Tis a Pity She Was a Whore, czyli dwóch kawałkach znanych już z wydanego przed rokiem singla (nagranego ze wspomnianą Marią Schneider), które tym razem powracają w nowych wersjach. Zwłaszcza ten pierwszy – morderczy lament zawiedzionego kochanka – stracił swój jednoznacznie jazzowy charakter, a stał się autentycznie przerażającym, mrocznym, agresywnym utworem zawieszonym gdzieś między Aphex Twinem i jazzem, dodatkowo podbitym metalowym niemal ciężarem.

Co do pomnikowego utworu tytułowego, od którego wszystko się zaczyna, to właściwie wystarczy napisać, że można go spokojnie umieścić obok największych dokonań artysty. Ta mini-suita, składająca się właściwie z dwóch przeplatających się ze sobą piosenek strukturalnie przypomina Station to Station, klimatycznie i brzmieniowo zaś wyraźnie nawiązuje do twórczości Scotta Walkera i do Low – czyli jednego z najlepszych albumów Bowiego (najwybitniejsza płyta lat 70-tych nie tylko zdaniem portalu Pitchfork!), a zwłaszcza do słynnej i równie pomnikowej Warszawy.

Jest tu jeszcze wspomniany wybitny i niezwykle przejmujący Lazarus, będący sercem albumu, a potem powoli przechodzimy w łagodniejsze, bardziej nostalgiczne rejony. Dollar Days początkowo wydawał mi się kawałkiem zaplątanym nieco przypadkowo. Bo niby co na takiej płycie robi piosenka, której jednym z motywów jest tęsknota za nieosiągalnymi angielskimi krajobrazami? Teraz ciężko pewnych rzeczy nie rozumieć…

Jeszcze kilka dni temu psioczyłem, że choć bardzo podoba mi się I Can’t Give Everything Away (znowu wyraźne echa, a nawet harmonijkowy cytat z Low), to jednak płyta kończy się w sposób mdły i z lekka bez wyrazu. Że przydałoby się coś mocniejszego na koniec. Że Blackstar tak jakoś rozpływa się w nicości zamiast postawić zdecydowaną kropkę nad i. Dziś nie mogę tego słuchać spokojnie. Bowie kończy płytę intymnym, konfesyjnym pożegnaniem, w którym jest zarazem pełen godności dystans jak i smutek, ale przede wszystkim przejmujący w tym kontekście spokój. Jest wyraźnie wyczuwalna nostalgia (zwłaszcza w partiach klawiszy i w solo saksofonu), ale – co charakterystyczne dla jego najlepszych dokonań – brak choćby cienia sentymentalizmu. A przecież on tutaj śpiewa o przeżywaniu choroby (o początku?), ale i jakby tłumaczy się ze swojej postawy artystycznej: widzieć więcej lecz czuć mniej/mówić nie, myśląc tak/to jest wszystko o co mi chodziło/to jest przekaz, który wysyłam/nie mogę wszystkiego rozdać (a może nie mogę się całkiem odsłonić – tytułowa fraza ma dwa znaczenia). Całość kończy się delikatnymi, rytmicznymi, „jasnymi” partiami fletu (a od tego instrumentu też cała płyta się zaczyna), które nie mogą przestać mi się kojarzyć z ostatnimi sekundami Colour of Spring Talk Talk, czyli jednej z najpiękniejszych popowych płyt jakie nagrano, gdzie pojawia się coś bardzo podobnego. Te dosłownie kilka taktów, pojawiających się na chwilę przed tym, gdy zespół kończy utwór, to chyba najbardziej subtelny, najbardziej optymistyczny(?) fragment całej Blackstar.

Nie zapominajmy, że jest tutaj jednak silnie zaznaczony element odradzania się. Łazarz zostaje wskrzeszony, ale poprzez nowe wcielenia: Coś się stało w dniu jego śmierci (…) ktoś zajął jego miejsce i bohatersko krzyknął/I’m a Blackstar. Kilka dni przed premierą płyty, w ramach jednego z amerykańskich programów telewizyjnych, Michael C. Hall (odtwórca głównej roli w musicalu) wykonał Lazarus niejako w zastępstwie Bowiego, stając się czymś w rodzaju jego awatara. Bowie jako idea powraca i będzie powracał dalej. Nikt go nie zastąpi, ale wszyscy będą z niego czerpać, dostosowując jego spuściznę do nowych czasów. W końcu gdzieś od początku lat 80-tych żyjemy w epoce dzieci Bowiego: artystów, muzyków, aktorów, którzy starali się go dogonić, choć on zazwyczaj był krok przed nimi, nawet wtedy, gdy mniej lub bardziej umiejętnie uczył się od nich, przyjmując pozycję mecenasa i mentora. Jest w tym pożegnaniu Bowiego jakiś paradoks. Kiedyś to on zabijał tworzone przez siebie postaci, co nie do końca rozumiała ówczesna publiczność, myśląc że kończy karierę. Teraz, gdy wszyscy spodziewali kolejnej roli, artysta umiera naprawdę, co na swój sposób unieśmiertelnia wykreowane przezeń wcielenia.

Warto pamiętać, że ostatni album Davida Bowiego jest znakomitą płytą samą w sobie. Jej drapieżność, niejednoznaczność i muzyczna oryginalność sprawiają, że i bez kontekstu śmierci broni się świetnie. Z pewnością pojawiałaby się w zestawieniach najlepszych płyt roku i byłoby to jak najbardziej uzasadnione. Nieczęsto rockowy artysta w tym wieku jest w stanie zdobyć się na tak umiejętne nawiązywanie do własnej przeszłości, przy jednoczesnym usilnym szukaniu nowych dróg rozwoju. Płyta, owszem, nie wyważa żadnych nowych drzwi. Nie oszukujmy się też, że Bowie cały czas był niezwykle nowatorski. Mniej więcej od 20 lat jego twórczość nabierała charakteru coraz bardziej intro- i retrospektywnego. Mimo to, artystyczna przeszłość muzyka jest tak bogata, że nawet traktując ją jako punkt wyjścia, miał tak duży wybór nastrojów i konwencji, by stworzyć coś interesującego, pozbawionego elementu nostalgicznego autoplagiatu.

David Bowie, ★, 2016 (ISO Records/Sony)
(warto nadmienić, że wszystkie utwory z płyty jeszcze przez czas jakiś będą dostępne legalnie i za darmo na oficjalnym profilu artysty na YT)

David Bowie fot. Jimmy King
David Bowie (1947 – 2016). Fot. Jimmy King

***
Ciężko pisze się teksty o ludziach, którzy tak wiele dla nas znaczyli. Bowie fascynował (dzięki MTV) mniej więcej od 1995 r., kiedy to kupiłem swój pierwszy numer „Tylko Rocka” z nim na okładce. Wydał wtedy Outside, które kupione na kasecie czekało na swój czas, gdyż wydawało mi się zdecydowanie zbyt dziwne, by ostatecznie stać się jedną z ulubionych płyt w ogóle. Potem była składanka ChangesBowie i powolne odkrywanie osoby i twórczości.

Niezwykłe jest to, że nigdy nie przestawał mnie fascynować. Było wielu artystów, których twórczość poznawałem tak dobrze, że stawała się bliska, ale przestawała być intrygująca. W jego przypadku nigdy to nie miało miejsca. Wpływ twórcy Hunky Dory wykraczał daleko poza muzykę. Bowie zarażał mnie fascynacjami artystycznymi, filmowymi i intelektualnymi. Był rodzajem portalu internetowego, w którym poszczególne elementy stawały się linkami prowadzącymi do ciekawych zjawisk z szeroko rozumianego obszaru kultury.

Kiedy byłem w liceum coraz bardziej rozumiałem, że Bowie jest przede wszystkim intelektualistą: pożeraczem książek, filmów, zjawisk i inspiracji, z których tworzył potem coś własnego. Później zaczynałem odkrywać jak wielki miał wpływ na praktycznie wszystkich, którzy przyszli po nim. Było to zaskakujące, gdyż w Polsce jeszcze do niedawna był powszechnie raczej słabo znany – kojarzono go głównie z relatywnie najsłabszym artystycznie, kiczowatym okresem popowym lat 80-tych. Czułem się więc w mojej fascynacji dość samotny, a gdy tylko spotykałem kogoś, kto również „wie o co chodzi” (albo jest w stanie się tym zarazić), niemal z automatu zyskiwałem przyjaciela.

Bowie nigdy nie był samowystarczalny: inspirował innych, ale jednocześnie cały czas potrzebował być inspirowany. Imponowała mi jego błyskotliwość, elokwencja i erudycja, na których wykoleiło się wielu rozmawiających z nim dziennikarzy, którzy nie zawsze zdawali sobie sprawę z kim mają do czynienia. Bowie miał niezwykłe intelektualne ADHD, ciekawość świata i poczucie humoru, które nigdy nie pozwoliły mu stać się starym zgrzybiałym gwiazdorem rozpamiętującym przeszłość. Pamiętając o niej, był zawsze obecny tu i teraz, jednocześnie projektując dzień jutrzejszy (The Next Day). Taka postawa miała niebagatelne znaczenie dla mojego własnego rozwoju. Był mi bliski w wielu spostrzeżeniach, w wielu wyrażanych poglądach i w ambiwalentnym stosunku do popkultury, w samym centrum której był, jednocześnie zawsze spoglądając na nią z zewnątrz, w sposób często niezwykle krytyczny. Miałem wrażenie, że rozumiem jego wybory artystyczne i wyczuwałem, co miał na myśli.

Podobało mi się, że był zbyt inteligentny, by dać się zabić jak Morrison, Joplin czy Hendrix (przy całym szacunku dla nich, a trzeba przyznać, że on też parę razy był blisko), co zaowocowałoby histerycznym ale dość płytkim kultem. Tymczasem Bowie potrafił zyskać status ikony poprzez nieustanną obecność i ciągłe wymyślanie siebie na nowo. Dlatego w jego przypadku wyświechtane stwierdzenie o końcu pewnej epoki nie wydaje się przesadzone.

Osobiście chyba jednak najbardziej podziwiałem w nim to, że naprawdę był artystą. Nie piosenkarzem, nie gwiazdą, ale właśnie artystą rozumianym jako świadomy kreator swojej sztuki, samego siebie i rzeczywistości wokoło. Jego śmierć staje się też prywatnie końcem jakiegoś etapu dla mnie i masy ludzi w różnym wieku, z całego świata, w których życiu odegrał podobną rolę. A jest to śmierć niezwykła – artystycznie i medialnie przetworzona w sposób, na jaki tylko jego było stać – prowokacyjnie, spektakularnie, ale bez sentymentu i ekshibicjonizmu. Ale właśnie taki był David Bowie – najbardziej samoświadomy twórca kultury popularnej, nieustannie wykraczający daleko poza nią.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj