Strona główna Twoje miasto

Nowosądecki Sokrates czyta „Dociekania filozoficzne” Wittgeinsteina

CZĘŚĆ PIĘĆDZIESIĄTA ÓSMA

Stałem naprzeciwko naszego strzelistego ratusza i przyszła mi do głowy myśl, że: my, w procesie życia, zbyt oszczędnie używamy dopełniacza. Nadużywamy zaś biernika. Trzeba nam pytać: komu, czemu? My zaś z dużą łatwością stwierdzamy: kogo, co? To ma oczywisty wpływ na sprawy publiczne. I to te z dystynkcją obywatelską. A potem się dziwimy, że nasz zespół piłkarski tuła się po Polsce. Nie zaznaje przy tym glorii zwycięstwa. A my idziemy pod Kasztan i skarżymy się na niesprawiedliwość złośliwego przeznaczenia.

Narzędnik zostawmy zaś we władaniu inżynierom. Oni będą wiedzieć co z nim zrobić. My zaś narzędnika używajmy tylko do prac domowych. To tak, a propos pytania: czym? Co do pytania kim?, to sprawa jest także jasna. Najlepiej samemu, aby nie zostać posądzonym o wysługiwanie się innymi, drugim człowiekiem. Ale jeżeli już o pytanie z czym?, to nigdy z pustymi rękami. Z kim? Z ludźmi odpowiednimi!

Reklama

Miejscownik to taka ekstrapolacja narzędnika. W istocie jaka jest różnica pomiędzy z czym?, a o czym? Często nie ma o czym rozmawiać, sprawy zaszły bowiem za daleko. Natomiast inaczej jest już z kim? Ja od dawna chciałbym porozmawiać z Panem Prezydentem i Księdzem Proboszczem. O czym? O rzeczywistości. O Dobrym Bogu. O transcendencji. Dlaczego takie sprawy naznaczono „miejscownikiem”? Ja zmieniłbym nazwę na „kluczownik”. Czy nie mamy bowiem do czynienia z kwestiami „kluczowymi”?

Teraz coś o wołaczu. To przecież jest infantylne i niedojrzałe. Nie można ciągle wołać o pomoc. Wzywać silniejszych, aby nas wydobywali z kłopotów. Wołacz narusza postulat odpowiedzialności. Uczy także bezradności. A nam w mieście potrzeba jest ludzi praktycznych. Takich, którzy nim zawołają o pomoc, to uczynią wszystko, aby drugiego ratować. Potrzebujemy w mieście ludzi odważnych i prawych. Nie zaś mydłków z wołaczem na ustach. Dzieciom zaś pozwólmy używać wołacza. Ale z umiarem.

Chyba ten mój z lekka wojowniczy ton wynika z trwającej kampanii wyborczej. Udzieliła mi się atmosfera. Przeczytałem także trzeci raz Jacques Derridę. Chodzę po mieście i dokonuję dekonstrukcji. Pokłóciłem się przy tym z sądeckimi wróblami. Kasztan też ma do mnie pewne pretensje. Tylko kamienie nad Dunajcem leżą sobie niewzruszone.

Idę pod parapety biblioteki publicznej. No i co ja widzę… Obciążony jest parapet zarezerwowany dla propozycji biblioteki. Dociekania filozoficzne. Ludwig Wittgenstein – „późny Wittgenstein”. Kiedyś Pan Prezydent pożyczył mi Traktat logiczno-filozoficzny. Tym razem do gry Wittgensteinem wchodzi biblioteka. Robi to z wielkim wyczuciem i znajomością rzeczy, a także kontekstu. Tak, po Derridzie trzeba koniecznie przeczytać Dociekania Wittgensteina.

Derrida pokazał światu dekonstrukcję. Wittgenstein zaprezentował „Gramatykę głęboką” i perypetie „języka prywatnego”. Już teraz wiem, skąd mi od rana przychodziły do głowy przypadki, deklinacje i gramatyka naszego języka, naszej polskiej mowy. Opatrzność wiedziała, co znajdę na parapecie i już próbowała mnie przygotować. Dla tych, którym przeszkadza „opatrzność”, to niech będzie, że sprawił to – zdeterminowany przypadek.

Piękny jest nasz polski język. Szkoda, że taki trudny. Doniesiono mi także, że pewien sądecki inżynier od kolejnictwa zapragnął dowieść ostatnio na znaczącej prezentacji w stolicy o wyższości języka angielskiego nad językiem polskim. Oburzyło mnie to bardzo. Owszem, ów otrzaskany inżynier podawał zawsze dwie wersje językowe skomplikowanych kategorii kolejnictwa. Te po angielsku miały jednak emocjonalne pierwszeństwo u Pana Inżyniera. Ja jednak wolę polski kłopot niż angielski trouble.

Chcę Panu Inżynierowi powiedzieć, że my mamy mocne tradycje kolejnictwa, zwłaszcza w Galicji. Anglikom to się nawet nie śniło. A nasza polska mowa doskonale przenosi treści z dziedziny kolejnictwa. Makaronizmy osłabiają zaś siłę wyrazu. Przyczyną tego jest zabawna pretensjonalność. To dobrze, że ona jest zabawna, a nie irytująca. Łatwiej bowiem przebaczyć. Wszyscy potrzebujemy radości.

Dociekania filozoficzne to pomnikowa pozycja. Mówi się nawet, że to najważniejsza pozycja filozofii XX wieku. My przerabialiśmy Dociekania w późnym liceum. Derridę przerabialiśmy na polskim w ramach przygotowań do matury. No i oczywiście nasz polonista zapodał nam również Dociekania Wittgensteina. Twierdził, że nie sposób bez tego czytać i rozumieć poezji. Ciekawe, czy w naszych sądeckich liceach przerabia się Dociekania? Ta pozycja powinna znaleźć się na indeksie lektur obowiązkowych. Koniecznie!

Idę czytać Dociekania pod budynek sądeckiego liceum na ulicy Długosza. Siądę sobie na ławce w parku i będę łapczywie pożerał treści zawarte w dwóch częściach. Do tego liceum uczęszczało całe prezydium miasta Nowego Sącza, na czele z Panem Prezydentem. Czyli oni także czytali Dociekania filozoficzne Ludwiga Wittgensteina. Ja uczęszczałem do podrzędnego liceum, ale dane mi było również to przeczytać. Ba, dane mi było to – przeżyć! Dociekania się nie czyta, a właśnie przeżywa.

Istnieją dwa zagadnienia językowe: Znaczenie słów. Rozumienie słów. „Język jest instrumentem.”. Słowa to narzędzie komunikacji. To może wydawać się nawet banalne. Ale w Traktacie Wittgenstein sugerował, że słowa są – nośnikiem prawdy.

Problemy filozoficzne są pytaniami, na które można odpowiedzieć: tak albo nie. Problemem jest język. Chodzi o jego komplikację, ilość form i funkcji symbolicznych. Nazwał to – „grą językową”. Ale uporządkujmy sprawę… Wittgenstein prezentuje 3 użyteczne terminy, które wyjaśniają sposób funkcjonowania języka.

Po pierwsze, istnieje coś takiego jak Sposób życia. To wspólna praktyka ludzi, nawet jeżeli się zupełnie nie znają. Chodzi to także o konwencje zachowań wzajemnych i wobec zjawisk. Można to umownie nazwać wspólną gramatyką zachowań składającą się na wspólny mianownik … sposób życia. 

Co do „sposobu życia”, to należałoby wypracować nasz sądecki sylabus. Sięgać trzeba po dobre wzorce. Proponuje czerpać z tego co jest pod ręką. Inspiracją może być tutaj zarówno Pan Prezydent i Ksiądz Proboszcz. Z dużą ostrożnością podszedłbym do postawy Pana Inżyniera. Gdyby jeszcze te nazwy wymieniał w języku Franciszka Józefa. Tak, chodzi o Józefa…

Po drugie, istnieją wspólne Gry językowe. Chodzi o wspólne zachowania werbalne ludzi, niezależnie w jakim języku się porozumiewają na co dzień. Te gry językowe, to w sumie podzbiór „sposobu życia” ludzi.

Gdy już będziemy wiedzieli, jak w Nowym Sączu lepiej żyć, to możemy przejść do gier językowych. Nie kultywujmy wspólnych zachowań werbalnych z tymi, którzy nie umieją mówić po polsku. I zamieniają swoje w słowa zbyt pochopne. Pod względem językowym czerpać możemy garściami od Księdza Proboszcza, to głowa humanistyczna. Ostatnio nawet podbił swoje kazania.

Po trzecie, istnieje Podobieństwo rodzinne. To bardziej skomplikowane. Abstrakcyjnie, istnieje podobieństwo wszystkich elementów, ale bez jednej cechy wspólnej dla każdego z elementów. Nie można stworzyć teorii ogólnej dla wszystkich elementów, a także ogólnej filozofii. Istnieje podobieństwo, a nie istnieje identyczność.

Tak chodzi o jedną cechę wspólną dla wszystkich elementów. To jest kluczowe. Tej cechy właśnie nie ma. A czy taka cecha istnieje na naszym sądeckim gruncie?

To wszystko – Sposób życia, Gry językowe, Podobieństwo rodzinne – doprowadza do pewnego znaczącego wniosku: Istnieje wspólnota UŻYCIA. To co łączy ludzi to wspólne używanie. To ono konstytuuje ZNACZENIE terminów, słów. To „Użycie” konstruuje „Znaczenie”, a nie znaczenie konstruuje użycie. To kopernikański zwrot. Naprzód było użycie, a potem znaczenie słów.

Użycie człowiek – stwierdza. Ono powoduje – znaczenia. To PRAKTYKA prowadzi do stwierdzania. Język wynika: ze wspólnej praktyki ludzi! Praktyki, czyli wspólnego życia na Ziemi od tysiącleci. To ludzka skarbnica doświadczeń.

Teraz zajmijmy się sprawą – Języka prywatnego.  Co to jest język prywatny? Można to pojęcie zdefiniować prosto: to jest język wewnętrzny człowieka. Sposób, jak on myśli i odczuwa, doznaje, jak sobie zdaje sprawę z czegoś w … „głębi serca”.

Chodzi jednak o to, czy taki „język prywatny” jest samoistny? Czy jest niezależny, wytwarzany przez każdego człowieka? Nie wolno mylić samego języka z faktem nieujawniania treści przeżywania. Język prywatny, jego „prywatność” nie polega na tajemnicy, że ktoś się nie dzieli wewnętrznymi przeżyciami. Chodzi o możliwość istnienia autonomicznego języka każdego człowieka, jako niezależnego bytu – systemu.

Język nie może być prywatny, ponieważ język wynika ze wspólnej praktyki ludzi. Człowiek, jak powiadają, to „zwierzę stadne”. Ale podobno zwierzęta także formują język. Delfiny, słonie, małpy porozumiewają się. Czyli także tworzą system, który zasadza się na użyciu znaków przekazywanych z pokolenia na pokolenie. 

Ale czy temu wnioskowi Wittgensteina o języku prywatnym nie zaprzecza pewien sądecki radny? On zdaje się wypracował jednak swój język prywatny. A już „gry językowe” stosuje zbyt rozrzutnie. Jego mowy nie sposób zdekonstruować stosując nawet „gramatykę głęboką”. Jest przy tym tak oryginalny, że nie sposób dopatrzeć się „podobieństw rodzinnych”. Trzeba nam to docenić.

Wracam na grunt gramatyki języka naturalnego, naszej mowy polskiej. Napiszę coś o mianowniku. On jest niby taki nominalny i indyferentny. „Kto” i „co” ma  najbliżej do ontologii. Tym samym do prawdy, która ma wyzwolić. Ale pamiętajmy, że dalekim krewnym mianownika jest brunatny dryl. W jego poetyce śpiewano rozkazodawczo… Die Reihen fest geschossen.

Goethe do dzisiaj tego się wstydzi. Używajmy mianownika, ale racjonalnie i ostrożnie. Z dużym poczuciem godności. Nawet gdy wypowiemy: To kamień. Nie dodawajmy „tylko”. Pamiętajmy, że „tylko” może paść również w zdaniach: To życie. To śmierć. To matka.

Jest jeszcze skomplikowana sprawa strony biernej. Nie możemy unikać odpowiedzialności. Nie możemy chować się za stronę bierną. A to, że „coś zostało zrobione”, nie oznacza, że myśmy w tym nie brali udziału. Czy tak chcemy uniknąć odpowiedzialności? Strona bierna nie może stać się wyrazem naszego tchórzostwa. Trzeba nam umieć wyznać winy swoje. Trzeba umieć prosić o wybaczenie. Ale wcześniej należy nam nauczyć się przebaczać. To może stać się źródłem siły naszego miasta.

Nadużywamy także mowy zależnej. Przecież to wieczne źródło przeinaczeń i nadinterpretacji. Trzeba nam w Nowym Sączu mówić prosto: tak-tak, nie-nie. A my wikłamy się w pustych koniunkcjach i ślepych alternatywach. Trzeba z tym skończyć. Aby od czegoś te zmiany zacząć, to należy odważnie wyjść na rynek sądecki. Zaśpiewać naprzód Bogurodzicę i potem Marsyliankę. Trzeba nam twórczej syntezy i dosłownego cytowania. Mowa niezależna może stać się narzędziem prawdy.

Teraz mój skromny apel do sądeckich polonistów. Przerabiajcie na lekcjach polskiego Derridę i koniecznie Dociekania filozoficzne Ludwiga Wittgensteina. Nie oglądajcie się na: dyrekcję, kuratorium, MEN, listę lektur. Ogłoście swoją nauczycielską niezawisłość! Gra idzie o wielką stawkę!

Czytanie tych pozycji zbuduje kompetencje przyszłych pokoleń. Pojawi się wspólne „użycie”. To musi nas doprowadzić do wzmożenia dobrej praktyki. A wtedy już krok do szczęścia zbiorowego. Sądeckiego szczęścia, które będzie promieniować na całą Polskę, potem Europę! Taki wkład Sądecczyzna może wnieść w rozwój ludzkości.

Chyba pociągnąłem zbyt dużym patosem, a ten ściśle graniczy z groteską. Idę zatem pod „mój” sklep oczyścić kanały i meandry zmęczonego umysłu…

PS

Czytajmy mądre książki.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj