W okresie nowożytnym wychowanie dzieci i młodzieży odbywało się zupełnie inaczej niż dzisiaj. Często mówimy, że mamy inne czasy, ale w omawianym względzie naprawdę sporo się zmieniło. W zasadzie początek był taki sam – chrzest, który i dzisiaj jest powszechnym rozpoczęciem życia ludzkiego. Od niego się wszystko zaczynało.
Według ks. Jana Sygańskiego, który opisywał historię Nowego Sącza w okresie nowożytnym, najchętniej za chrzestnych brano księży lub tzw. kletki – zapewne w tej błogiej nadziei, żeby im się dzieci dobrze chowały. Oczywiście nie miało to przełożenia na pobożne życzenia.
Dalej Sygański pisze dosyć obrazowo: Do ukończenia siódmego roku życia chowały się dzieci pod okiem matki i czeladzi domowej, a wychowanie ich opierało się głównie na życiu rodzinnem i podlegało przedewszystkiem na wpajaniu w umysły młodociane pobożności i bojaźni Bożej, posłuszeństwa rodzicom i przełożonym, uległości i uszanowania dla starszych, zwłaszcza osób duchownych, oraz na przyzwyczajaniu do pracy i przestawania na małem. Takie to były główne cechy wychowania mieszczańskiego, a jego źródłem powszechna wówczas religijność, wpływ matki, która czuwała nad moralnością, skromnością i przyzwoitością dzieci i wszczepiała w nie pierwsze zasady religii, tudzież przykład ojca i całego otoczenia, które tchnęło bogobojnością, prostotą, pracowitością i niezmordowaną zapobiegliwością w ciężkiej walce o uczciwe utrzymanie rodziny. Wszystko brzmi bardzo poważnie, ale można przypuszczać, że dziatwa znajdowała w tym okresie życia czas na zabawę. Wszak dzieci to dzieci.
Błogi czas kończył się w ósmym roku życia, kiedy dziecko miało zacząć się uczyć. Wszystko zależało od rodziców – biedniejszych to nie interesowało, a nawet jak by tak było, to nie było ich stać. Dlatego ten przywilej dotyczył zazwyczaj bogatszych warstw społecznych. Pierwsza szkoła była bardzo praktyczna – dziś powiedzielibyśmy, że niemal montesoriańska: To też ojciec wprawiał synów od dzieciństwa do swojego rzemiosła, zabierał ich, jeżeli posiadał kawał ziemi, ze sobą do robót w ogrodzie lub w polu, obznajamiał z gospodarstwem rolnem, jednem słowem: cel całego wychowania był wyłącznie praktyczny. O ile w XXI w. słono płaci się za taką naukę, to 300 lat temu było to w gratisie.
W ocenie Sygańskiego kształcenie koncentrowało się wokół szkoły parafialnej. Przedmioty, których w tej szkole uczono, były: czytanie, pisanie, nauka religii i historyi biblijnej, rachunków, a głównie języka łacińskiego: stąd też znajdujemy, iż mieszczanie sandeccy tych czasów posiadali znajomość wielu zwrotów łacińskich, a nawet niekiedy wyrażali się po łacinie. Równocześnie z tymi przedmiotami rozpoczynała się nauka śpiewu kościelnego uważana w owych czasach za nieodzownie potrzebną do wykształcenia; ta jednak miała raczej służyć do uświetnienia nabożeństwa kościelnego, aniżeli do obudzenia w duszy zamiłowania do sztuki lub estetycznego poczucia piękna i harmonii. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że obok śpiewu uczono także muzyki, znajdujemy bowiem wzmiankę, że uczniowie grali w kościele podczas nabożeństw, a więc, że prawdopodobnie uczono na skrzypcach i na flecie, które to instrumenta były wówczas najzwyklejszymi i widocznie najulubieńszymi. Wszystko wyglądało dosyć odtwórczo, a jeżeli uczniowie mieli nabyć jakiś praktyk, to jedynie te związane z religijnością. Takie czasy. Nauczyciele zwracali także uwagę na moralność uczniów, a zdolniejszych zachęcali do poszukiwania, w jaki sposób poszerzać swoją wiedzę.
Nie znano gimnastyki a tym bardziej dzisiejszego wychowania fizycznego: Natomiast rozwijanie sił fizycznych i zręczności ciała, czyli nauka gimnastyki, na którą pedagogia dzisiejsza tak wielką kładzie wagę, wiekom ówczesnym była całkiem nieznaną – dowodził sądecki historyk. Metodami mobilizacji do nauki wcale nie były jedynki i zagrożenia. Znano skuteczniejsze, stosowane w jeszcze niedawnych czasach: Że w tej nauce szkolnej, stosownie do ducha owych czasów i surowości obyczajów XVII wieku, głównym środkiem pedagogicznym tak w celu pobudzenia ochoty do pracy, jak wszczepienia i utwierdzenia obyczajności, była rózga i tak zwana „dyscyplina“, najmniejszej wątpliwości ulegać nie może.
Nauka trwała trzy lata – oczywiście dotyczyła tylko chłopców. Po tym czasie ojcowie podejmowali decyzję o tym, co dalej z losem dziecka. W ocenie Sygańskiego większość kończyła na tym przygodę z edukacją i zostawała wcielona do zawodów typowych dla rodzin mieszczańskich – rzemiosła, handlu lub kupiectwa. Zdarzało się jednak często, i to przeważnie w rodzinach zamożniejszych, że zdolniejszych synów po ukończeniu nauki w Nowym Sączu posyłano w celu nabycia wyższego wykształcenia do szkoły wyższej (quadrivium), a następnie na przesławną Akademię do Krakowa, gdzie kształcili się we filozofii, a może i na innych wydziałach. Przedewszystkiem jednak szli na teologię, poczem zostawali zwykle bakałarzami, a po wyświęceniu na kapłanów – pisał historyk. Ale to już inna historia.
Łukasz Połomski





![10 lat później: zmieniło się? [17] Lwowska 59, ibis, Szkoła Muzyczna Nowy Sącz ul. Lwowska 59 - kamienica Sieradzkich, (obecnie Apartamenty Lwowska)](https://twojsacz.pl/wp-content/uploads/2026/01/lwowska_59_10_lat-100x75.jpg)