Czytając sprawozdanie z procesów, które toczyły się przed sądeckim sądem w XVII wieku pojawia się refleksja, czy gorsze były popełniane zbrodnie, tortury, czy może kary. Nowożytność to był brutalny czas, nie pozbawiony lokalnych bohaterów skandali. Dziś kolejny odcinek serii – tym razem na tapecie świętokradcy.
Sądeczanie doby nowożytności byli bardzo religijnymi ludźmi, starali się żyć zgodnie z przykazaniami bożymi i nakazami duchowieństwa. Mimo to, jak zanotował Jan Sygański, sytuacja była dużo bardziej skomplikowana: wiek XVII, pomimo swojej znacznej oświaty, miał także swoje ujemne strony. Ciemnota wiała mnogimi przesądami i zabobonami, od której nie tylko lud prosty, lecz także szlachta i mieszczaństwo nie było wolnem. I cóż w tem dziwnego, wszak zarówno szlachta jak i mieszczaństwo byli dziećmi swojego czasu, a jako tacy hołdowali panującym błędom i przesądom wieku. Wierzono dość powszechnie i bezkrytycznie w istnienie czarownic i palono je żywcem na stosie drew.
Wyjątkową odrazę społeczną budziły grzechy, które wymierzone były w religię. Do takich zaliczano świętokradztwo. Nie może zatem dziwić, że wyroki za okradanie kościołów i kapłanów były wyjątkowo surowe.
Przykładem może być sprawa Jakuba Koziarczyka, który słynął z lepkich rąk. Korzystając z święta Przemienienia Pańskiego (6 sierpnia 1654 r.) i faktu, że cała uwaga miasta była skupiona na klasztorze franciszkanów, gdzie wisiał cudowny obraz, rzezimieszek postanowił okraść inny kościół. Na cel obrał farę. Pobrał srebra zawieszone na obrazie Matki Boskiej Różańcowej: tabliczki, serca, koronę, perły i inne drogie ofiary. Zrabowane przedmioty przechowywał u swojej matki oraz u znajomego, tuż za mostem na Dunajcu. Oczywiście sprawa wyszła na jaw, Koziarczyk został aresztowany. 10 maja 1655 r. skazano go na spalenie na stosie. Prawdopodobnie egzekucji dokonano nad Dunajcem. Ukarano też jego wspólnika i matkę. Koziarczykowa otrzymała 15 rózg w miejscu egzekucji syna, aby wiedziała, że się przyczyniła do hańby i śmierci swego dziecka. Kolega świętokradcy otrzymał 40 rózg.
Ciekawa była historia Jana Storczysty, który związany był z duchowieństwem, bowiem swoją muzyką na skrzypcach uświetniał liturgie w sieradzkiej farze. Niestety, po potopie szwedzkim popadł w ubóstwo, nie otrzymywał zleceń. Żył głównie z żebraniny i tak zawędrował do Nowego Sącza. Mieszkał na Przedmieściu Węgierskim, w rejonie dzisiejszego Starego Cmentarza. Obserwując, że w tamtejszym kościółku św. Mikołaja jest uchylona krata, postanowił go obrabować. Pozabierał z niego obrusy, lichtarze, a nawet opróżnił puszkę na ofiary. Wiele się nie wzbogacił, bo było tam zaledwie 15 groszy. Zrabowane rzeczy zapakował i pojechał do Paszyna, gdzie miał kupić materiał na struny do skrzypiec. Pech chciał, że nadział się na sługę sądeckiego starosty, który rozpoznał przedmioty i odstawił Storczystego przed sąd. Rabuś nie tylko przyznał się do winy, ale dodał, jak skutecznie rabował inne kościoły, m.in. w Sieradzu. Okradał też mieszczan, a jego paserem był Żyd. Sąd nie wykazał litości. W maju 1666 r. skazano złodzieja na spalenie na stosie nad Dunajcem.
W bardziej wyrafinowany sposób swoje świętokradztwo zaplanował Tomasz Miloński, żebrak z Bobowej. Jak opisywał ks. Sygański: jednego razu po sumie ukrył się w wieży kościelnej, spuścił się potem do kościoła św. Małgorzaty w Nowym Sączu, gdzie pozbierał naprzód z obrazu w różańcowym ołtarzu, następnie z obrazu w wielkim ołtarzu: perły, korale, krzyżyki, agnuski i łańcuszki. Część ze zrabowanych rzeczy przesłał siostrze w Bobowej, część sprzedał kobiecie z Chełmca, a resztę zdeponował u Żyda Jonasza. Niestety nie zdążył ich odebrać, ponieważ go aresztowano. Na torturach zeznał, że Żyd jest niewinny. Postanowił wykorzystać swój występek, żeby się na nim zemścić – matka Milońskiego była mu winna pieniądze. Gdyby podstęp się udał i Żyd został skazany, nikt o długu by nie wiedział. Tortury więc zrobiły swoje – prawda wyszła na jaw. Żebrak wskazał także, gdzie zakopał rzeczy – koło domu wujka w Sączu. 15 czerwca 1669 r. za swoje niegodne czyny został spalony na stosie drew, tak jak było w zwyczaju postępować ze świętokradcami.
Ostatnia z świętokradczych spraw, które poruszyły mieszczan dotyczyła Sebastiana Januszowskiego, cieśli z przedmieścia. W 1673 r. wykonywał prace wokół kościoła franciszkanów. Pewnego dnia przystawił drabinę do okna, wszedł do świątyni i obrabował kaplicę Przemienienia Pańskiego. Wszystko sprzedał Żydowi w Wiśniczu. Zarobił sporo, bo aż 50 złp. Rozochocony sukcesem postanowił okraść farę. System miał prosty: krył się w kościele i rabował. Pierwszy raz zabrał koronę Jezusowi, innym razem z obrazu MB Różańcowej oraz różne srebrne tabliczki. Januszowski był przebiegły i wiedział, że nie może towarów sprzedać nikomu w okolicy. Pojechał więc na Stradom w Krakowie i wrócił ze 100 złotymi. Szybko wyszło na jaw, kto tam spieniężył zaginione przedmioty. 16 listopada 1675 r., zgodnie z postanowieniem sądu, ucięto mu za to naprzód prawą rękę przed ratuszem, potem lewą przed bramą miejską, przybito je z obydwóch stron bramy na włóczniach, w końcu, jako świętokradcę, spalono go na stosie drew za bramą węgierską, na brzegu rzeki Dunajca o godzinie 22.
Świętokradztwo traktowano, jak wyjątkowy rodzaj kradzieży. Nie mogą zatem dziwić surowe wyroki. Dziś podobne przestępstwa się powtarzają, ale kary za nie są zdecydowanie mniej restrykcyjne.





