Strona główna Twoje miasto

Sokrates w Nowym Sączu czyta „Byt i Nicość” Sartre`a

CZĘŚĆ PIĘĆDZIESIĄTA TRZECIA

Podobno na ulicy Kościuszki, tuż obok kapliczki, ukazują się dwie dziwne postacie, jakby anioł i anielica. Zagadują przechodniów. Czy robią jakaś ankietę, tego nie wiadomo. Pytają, czym stało się życie. Pytają również o noce i dnie. Czy są naznaczone lękiem? Poruszane są także inne sprawy…

Tak, marnieją nam obecnie wytwory ludzkiego umysłu. Potrzebują wsparcia, a nawet korekty. Tak opowiadała zgrabna kobieta o onirycznym spojrzeniu. Pewien chłopak narzekał na zmęczone wieczory. Starsza pani utyskiwała na długie poranki.

Reklama

Pewien student narzekał na nudę, ale i na bezmyślne okrucieństwo na świecie. Był przekonany jednak, że w każdym z nas kryje się człowiek. Pewna staruszka skarżyła się na noce bezsenne, snujące się od gwiazdy do gwiazdy. A przystojny młodzieniec nie chce już spadać kamieniem z serc sądeckich dziewcząt. Mnożyły się skargi, przechodziły czasami w arie gniewu. Nikt jednak nie skarżył się aniołom na brak wykończonego stadionu. Pan Prezydent może odetchnąć.

Idę prosto pod bibliotekę obciążony Gwiazdą Zbawienia Rosenzweiga. Ciekawi mnie, co zastanę na parapecie. Lista ważnych dialogików wyczerpuje się. Kto jeszcze został? Cohen i Heschel. Ale zastanawiam się, czy to nie jest jednak zbyt duże uderzenie tematyką śmierci, samotności. Ksiądz Proboszcz mógłby coś innego podsunąć. Chyba, że do gry wejdzie Pan Prezydent albo sama biblioteka publiczna.

No i nie pomyliłem się. Jest Byt i Nicość. To spoczywa na parapecie bibliotecznym. Biblioteka wchodzi do gry. Czyli będzie dalej smutno i pesymistycznie, ponieważ Jean Paul Sartre to czysty egzystencjalizm i ateizm radykalny. Mocna pozycja. Istnieją kontrowersje. Mam na myśli nie tyle Byt i Nicość, co samego Sartre i jego romans z komunizmem.

No to czeka nas spora dawka pesymizmu. Dialogicy zostawiali furtkę optymizmu. Było „Ty”. Był dobry Bóg. U Sartre nie ma nic. Jest – „nicość”. Pamiętamy jego: „piekło to inni”. Napisał także znamienne: „nicość przez człowieka przyszła na świat”. Ja zetknąłem się z Sartre dopiero w szkole średniej. Kolega Maciek był czystym i szczerym egzystencjalistą. Był jednoosobową frakcją w naszej klasie. Było kilkoro „dzieci kwiatów”, dwóch marksistów. Całkiem mocne stronnictwo chrześcijańskich demokratów. Ja już wtedy byłem wolnomyślicielem.

Gdzie czytać Byt i Nicość? Oczywiście, gdzieś na pustej przestrzeni. Przekroczę Dunajec i zasiądę na pustej polanie i tam oddam się natarczywej lekturze. Czyta to się całkiem nieźle. Jest duża ekwilibrystyka. Jest rozmach. Jest poetycka ekstrawagancja. Zastanawiam się jednak, czy z psychologii, ludzkich stanów i lęków można zbudować system filozoficzny? Czy można na podstawie prozy Dostojewskiego i Prousta opracować podręcznik filozofii?

Sartre nie patyczkuje się z niczym, nawet z – nicością. Był pewien bajkowy baron, który chciał wyciągnąć się z bagna, swoją ręką, za własne włosy. Sartre proponuje czytelnikom konwencję szalonej gry, z której próbuje się jednocześnie wyzwolić. Jest w jego wywodzie w zasadzie wszystko. Można zachwycać się absurdem. Można zachwycić się ideologią. Można uprawiać humanizm i antyhumanizm jednocześnie. Do tego filozofować i proponować obalenie filozofii. Można być błaznem i kapłanem jednocześnie, jakby napisał Leszek Kołakowski.

No to wejdźmy w tę przygodę, jazdę bez trzymania. Punktem wyjścia Bytu i Nicości jest – byt. To ontologiczna podstawa świata. W ten świat wkracza człowiek i razem z nim – nicość. Byt istnieje sam w sobie. Jest i tyle. Nie jest aktywny ani bierny. Nie jest afirmacją ani negacją. Obok tego bytu jest byt człowieczy. To taki byt – dla siebie. I ten byt człowieka wytwarza właśnie – nicość. Ona wynika z – oczekiwania. To może tylko człowiek. To on oczekuje na coś. Byt sam w sobie – świat – nie oczekuje na coś.

Jest podstawowe pytanie, jakie zadaje Jean Paul Sartre: „Co to znaczy być istotą ludzką? Proste i mocne pytanie. Jest także dość prosta odpowiedź. Ona zawarta jest w tytule. Intrygujący jest jednak spójnik „i”. „Byt” i „nicość” rozjeżdżają się. Sartre je jednak jakoś łączy. To fascynująca operacja.

Po namyśle idzie zrozumieć tę ekwilibrystykę. Oczekujemy na coś, czego jeszcze nie ma. To oczekiwanie tworzy nicość. Wszak, to na co oczekujemy nie istnieje przecież. Ale trudniej jest pojąć, że nicość-oczekiwanie tworzy „szczelinę” w bycie świata.

Sartre rozróżnia także trzy stany, nazywa je ekstazami. Ku nicości. Ku innemu. Ku bytowi. To tworzy także trzy osie Bycia i nicości.

„Ku nicości”, to kierunek – człowiek i jego ludzka świadomość i wolność. Świadomości są dwie: czegoś innego i samego siebie. Świadomość posiada poczucie transcendencji, czyli przekraczanie tego, co jest dane, do tego, co jest możliwe. To jest nawet zgrabne. Transgresja ma swój potencjał tajemnicy i nonszalancji.

Człowiek jest bytem i tworzy siebie, swoje życie, ponieważ jest wolny. Wolność jest dana człowiekowi. Jest także faktycznością. Urzeczywistnia się w bycie. Potrzebuje nawet oporu bytu, czyli faktyczności, konkretnych sytuacji. Sartre nawet to zgrabnie nazwał: „teatrem sytuacji” i „teatrem wolności”.

No i tak dochodzimy do trwogi. To sposób odczuwania wolności przez człowieka. Trwoga, to nie to samo co lęk. Lęk odczuwa człowiek wobec świata. Trwogę zaś odczuwa wobec samego siebie. Są bowiem różne możliwość, które zależą od człowieka. On musi wybierać. To buduje trwogę.

Wolność jest nicością. Człowiek zaczyna bowiem od zera, czyli od niczego. Jest wolność absolutna. To doprowadziło Sartre do wnioskowania dość radykalnego w dziedzinie etyki. Wybory człowieka rodzą się z nicości. Czyli nicość jest wartością konstytuującą. No i tak doszliśmy do definicji nihilizmu właśnie. Jean Paul Sartre skonstruował podstawy nihilizmu. To nawet dość konsekwentne. Jeżeli przyjmiemy punkt wyjścia, że człowiek tworzy nicość, wynikającą z oczekiwania. Wtedy są już oczywiste implikacje.

Jest jeszcze ciekawe zagadnienie przypadkowości. Sartre idzie o przypadkowość istnienia człowieka. Nie ma przyczyny istnienia. Także ludzkiego istnienia. To kłóci się z oczywistością. Przecież człowiek w wymiarze biologicznym powstaje, jest poczynany w akcie miłosnym, seksualnym (in vitro). Tylko Sartowi chodzi o inną przyczynowość, taką zasadniczą, ontologiczną. To sedno rzeczy. Tak wedle Sartre mamy do czynienia z absurdalnością przypadku. Nie można wyjaśnić istnienie rzeczy, świata, człowieka. Tak partycypujemy z niedorzecznością. Istnienie świata i człowieka nie ma żadnego sensu.

Nie chcę, aby to czytał Pan Prezydent. Ksiądz Proboszcz jakoś z tym sobie poradzi. Poczyta brewiarz i odzyska pewność i sens. A Pan Prezydent? Co on ma przeczytać? Nawet lektura Alberta Einsteina nie pomoże. No bo pole sensorowe jest także niedorzeczne, bo nie ma sensu. Ale jednoczesne czytanie Sartre i Schrödingera to już mieszanina piorunująca. Stan samobójczy jest gotowy.

Wiemy, że idą wybory. Pan Prezydent musi być w dobrej formie. No bo dajmy na to, w debacie Pan Nowak zapyta Pana Prezydenta o „ofensywę inwestycyjną”, a on wypala do kamery, że to wszystko jest bez sensu i jest niedorzecznością. No co się stanie wówczas? Kampania wyborcza załamuje się. Nawet, jak Pan Prezydent powie ex post w sprostowaniu, że czytał Byt i nicość Sartre? To będzie śmieszne. Nikt w to nie uwierzy.

Mamy drugą ekstazę: relację z innymi ludźmi. Ona oparta jest o konflikt. On zaś wynika ze wstydu i to podwójnego. Wstydzimy się siebie i wstydzimy się innych. Podglądamy innych „przez dziurkę od klucza”. Inni podglądają nas. Ludzie chcą uprzedmiotowić się wzajemnie, okiełzać cudzą wolność. Dlatego pada to „Piekło to Inni”. To mocno pesymistyczna sprawa. U dialogików było odwrotnie. „Ty” był wybawianiem, nadzieją, a nawet obrazem Boga. U Sartre jest inaczej. To „piekło” kojarzy się z „wilkiem” Thomasa Hobbesa.

No i teraz Sartre dalej snuje tę swoją teologiczną perwersję. Inni podglądają, ale my mamy szansę ich także podglądać. A jeżeli teraz pomyślimy o Bogu? On widzi wszystko, a my nie możemy zobaczyć Boga. To wedle Sartre musi być nie do zniesienia. Świat, gdzie żyje człowiek jest jak dom „wielkiego brata”. Czy to nie jest jednak dość jednostronne? Czy spojrzenie Boga musi być negatywne? Sartre nie ma wątpliwości.

Już teraz wiem, dlaczego biblioteka zaserwowała mi Sartre. To ma jakoś równoważyć, wprowadzić kontrapunkt do dialogików Księdza Proboszcza. Nie jest to bynajmniej złośliwość biblioteki publicznej wobec Księdza Proboszcza. Czytelnicy, Sądeczanie powinni mieć całościowy ogląd sprawy. Powstało Towarzystwo Dialogiczne w Porębie Małej. Zobaczymy, czy powstanie Towarzystwo Sartrowskie, na przykład na Falkowej. Mógłby je powołać pewien radny, który będzie miał rychło wiele wolnego czasu.

Ale została nam trzecia ekstaza. Ta „ku bytowi”, ku światu. Synteza jest niemożliwa. Chodzi o syntezę świata i człowieka. To jest dość skomplikowane. Człowiek chce bycia, ale takiego bycia pełnego, które uwzględnia własny fundament bycia. Gdyby to było możliwe, to … człowiek stałby się – Bogiem.

No i tworzy się sprzeczność. Bóg bowiem jest pełnią bytu bez świadomości, albo świadomością bez bytu. No i tak Sartre dochodzi do wniosku, że człowiek aby stać się Bogiem, to musi – umrzeć. Mocna sprawa.

Ale wychodzi na to, że jeżeli wszyscy umrzemy, to zostaniemy bogami-aniołami. Powiadają, że nie ma piekła, więc wszyscy zostaną aniołami. Będziemy spacerować, lewitować po Jagiellońskiej. Sartre nie idzie jednak w tą stronę…

Dlatego egzystencja człowieka prowadzi do porażki? Dlatego człowiek jest jakby nadaremny? Tak dochodzimy do głównej konkluzji Bytu i nicości Jeana Paula Sartre: „Wszystko dzieje się tak, jak gdyby światu, człowiekowi i człowiekowi-w-świecie udało się urzeczywistnić jedynie Boga brakującego”.

Jest pewien paradoks w ateizmie Sartre. On uczynił z ateizmu doświadczeniem tak wymagające, wprost nie do zniesienia. Nie idzie tego ateizmu wytrzymać. Przekonani i zatwardziali ateiści, którzy czytają Sartre, stają się niepewni swojego ateizmu. Ta niepewność staje się dużym krokiem w kierunku … Boga. Czy to nie jest zabawne? Twardy ateizm, który prowadzi do dobrego Boga.

Sartre spotkał się z rzęsistą krytyką Kościoła a także samych marksistów. Sartre próbował prostować sprawę i opisywał człowieka jako projekt. Pisał: „Człowiek jest tylko tym, czym siebie uczyni. Taka jest pierwsza zasada egzystencjalizmu”. Jest konsekwencja, że istnienie poprzedza istotę rzeczy. Egzystencja poprzedza esencję. Tak dobrnąłem do końca. Uff!

Teraz uważam, że także Ksiądz Proboszcz również nie powinien czytać Bytu i Nicości. To może przecież zachwiać jego czystą wiarę. „Bóg brakujący”, argument „złej wiary”. Chyba że… Tak przewrotnie, Ksiądz Proboszcz odczytywałby na kazaniu te obrazoburcze fragmenty Bytu i Nicości, a potem surowo rozprawiałby się z nimi.

To całkiem ciekawy pomysł! Ksiądz Proboszcz, co niedziela, wygłaszałby kazania. Na początku nakreślałby myśli głównych ateistów, agnostyków, wywrotowców, po czym rozprawiałby się z ich wywodami. Dochodziłby zawsze do Dobrego Boga. Mógłby zacząć od Jeana Paula Sartre. Te kazania byłyby transmitowane przez nasze telewizje sądeckie, na żywo. Potem ukazywałyby się w druku w Kurierze Nowosądeckim. Ksiądz Proboszcz tymi kazaniami niechybnie nawiązałby do Piotra Skargi i jego „kazań sejmowych”.

Ksiądz Proboszcz zyskałby należną sławę. Jego cykl należałoby nazwać jakoś skromnie. „Kazania sądeckie”? „Kazania polemiczne”? „Kazania transgresyjne”? „Kazania znad Dunajca”? Chyba dobrze i skromnie brzmią „Kazania sądeckie”.

Idę prosto nad Dunajec schłodzić głowę rozgrzaną myślą Jeana Paula Sartre. Byt i nicość może zmęczyć czytelnika. Podobnie jak Bycie i czas Heideggera. Sartre ewidentnie inspirował się Niemcem. To nie może się skończyć miłym i przyjemnym czytaniem.

Wracam na płytę rynku. Chętnie odpocząłbym w wiatraku, którego nie ma. Jest moim oczekiwaniem. Ono jest znakiem nicości. Ta zaś definiuje moją wolność. Tę chce mi odebrać inny człowiek, Sądeczanie chodzący po mieście. Ja chcę niemożliwej syntezy ze światem i to czyni ze mnie uzurpatora. Nie mogę bowiem zostać Bogiem. Ale zostanę Bogiem, gdy umrę. Już godzę się na funkcję szeregowego anioła.

Tak słowa Bytu i Nicości odbijają się we mnie echem. To jednocześnie oburza, ale i porusza. Sartre to był jednak człek mądry. My wszyscy potrzebujemy wstrząsów – egzystencjonalnych. Oczywiście, lepiej czytać o tym niż to przeżywać.

Chcę jednak doznać trochę radości. Otrzeć się o czyste piękno. Ono leży pośród kamieni przełomu Dunajca. Można je dostrzec każdej chwili, w czujnym sercu skupienia. W każdym z nas kryje się człowiek. Taki mocny i uniwersalny. Ja po lekturze Sartre marzę o zapachu dzieciństwa. Chce zobaczyć dziewczęta na moście, jak wesoło wiążą kolorowe wstążki we włosach. Świat się nie zmienia. My żyjemy ciągle i żyć będziemy prosto i szczęśliwie. Ludzie są dobrzy. Dzwoni sygnatura w klasztorze.

Przejrzystość i czystość jest niewidoczna. Dzień i noc zapomną o nas na chwilę, zafrapowane tasowaniem tajemnic. Dobro przemieni działanie. I wszystko zacznie się od początku. Żyć będziemy bez końca.

PS

Czytajmy mądre książki.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj