CZĘŚĆ SIEDEMDZIESIĄTA DZIEWIĄTA
Byłem na wyjeździe w Starym Sączu. Tam, jak co roku, organizują festiwal filmowy. To wręcz wzorcowa impreza kulturalna. Ciekawe filmy, takie kontekstowe, można nawet je nazwać „kinem prowincjonalnym”. Przyjeżdżają tam wspaniali aktorzy, reżyserzy, grają dobrą muzykę. Festiwal filmowy w Bryjowie to bardzo trafiony pomysł. Jest wiele festiwali filmowych w Polsce, ale ten zaczyna mieć swój profil i tożsamość. Mnie nie stać na bilet, ale słuchałem wprost „z ulicy”, głównie dialogów, ale te filmy widziałem.
Czy my w Nowym Sączu nie możemy wykazać się podobną kreacją? Te pokazy misek, to jest inna półka, owszem frekwencyjnie jest lepiej niż Starym Sączu, ale kwalifikacja kulturowa jest zupełnie inna. Mocno użyłem na tym festiwalu. Mam po festiwalu moc przemyśleń socjologiczno-egzystencjalnych…
Czy my w Nowym Sączu zbyt ochoczo poddajemy się – nadziei? Ona czasami staje się złudzeniem. Ale wiem, że one pozwalają żyć. Trzeba nam wreszcie oswoić i zracjonalizować nadzieję! Nadać jej jakąś wyższą prawomocność. Chodzi przecież o rzecz piekielnie ważną – o nadzieję na przeżycie własnej śmierci. Pewnie nieliczni sądeccy ateusze i agnostycy teraz śmieją się. Niech się śmieją!
Jest chrześcijaństwo. Ono mocno oświeca drogę wielu sądeczanom. Ja stałem na ulicy Ducha, pod bazyliką. Czułem to wyraźnie. Przesłanie Chrystusowego zmartwychwstania jest odczytywane tak wprost. Skoro do niego doszło, to oznacza jedno: śmierć to tylko pozór. Ona jest taką zasłoną, firaną. Tę można zwyczajnie zdjąć. Ostatecznie przejść przez nią. Śmierć zatem nie istnieje naprawdę. Staje się pewnym nieporozumieniem. Niech będzie – formalnością!
Teraz już nie jest daleko do odwrócenia perspektywy: „tutaj” i „tam”. A co gdyby tak właśnie odwrócić „inny świat” do „tego świata”? Czytaliśmy doktorat Hugh Erevetta. Takie odwrócenie jest możliwe na gruncie mechaniki kwantowej. Powstała nawet kwantowa teoria wieloświatów. Czyli?
Wszystko jest możliwe. I my w Nowym Sączu żyjemy w dwóch światach symultanicznie. Nie widząc o tym! I to jest teraz najśmieszniejsze: dlaczego nikt nam o tym nie powiedział? A może jednak mówił, tylko myśmy nie słuchali. Ksiądz Proboszcz mówił, między wierszami.
Nie potrzeba nam wieloświatów Erevetta. Wystarczą nam tylko dwa. Ten ziemski i ten „drugi świat” nazywany także „niebem”. I przypomniał mi się taki figlarny wierszyk Herberta „Zaświaty Pana Cogito”. Tam Herbert/Cogito wprost pisze, że „ten świat to właściwie tamten świat”. Cogito powołuje się na „figle teorii względności”…
I tutaj naszej zgody być nie może. To nie Albert Einstein. To jest czysta mechanika kwantowa! Dualizm korpuskularno falowy. Czytaliśmy przecież doktorat Luisa de Broglie. Jest też potwierdzenie w funkcji falowej Erwina Schrödingera. Cząstka może znajdować się w dwóch stanach jednocześnie. Jest także sfalsyfikowana superpozycja Wernera Heisenberga. To dlaczego nasza sądecka rzeczywistość nie może znajdować się w dwóch stanach – „tutaj” i „tam”? Ja się tylko pytam…
To co tu – jest tam. To co tamten świat – tutaj. Pisze Herbert jednoznacznie. Ale dodaje, że „nie wszystko idzie dobrze”. Ktoś coś znowu spieprzył. Nie jest dobrze żyć w takim rozdwojeniu, podobno. A mnie się właśnie wydaje, że jest dobrze właśnie. „Tam” staje się bowiem – „tutaj”.
Czyli osiągnęliśmy w Nowym Sączu, to co chcieliśmy – życie wieczne. A śmierć to tylko taka igraszka (formalność). Szkoda, że ona jest często poprzedzona upierdliwymi chorobami. Te musimy jakoś przeżyć. W Nowym Sączu ujawniła się znacząca poprawa służby zdrowia. Będzie nam łatwiej jakoś to przejść. Rach-ciach, przechodzimy przez kurtynę śmierci i jesteśmy … nadal w Nowym Sączu.
Żyjemy teraz „tam” będąc „tutaj”. Nie mamy ułomnych ciał. Posiadamy takie powłoki utkane z „włókien duszy i chrząstek sumienia”.
Powłoki są niewidoczne. Chyba, że chcemy się komuś ukazać. Bliskim dla otuchy i wrogom ziemskim dla przestrogi. To ukazywanie się zależy tylko od nas. I nie trzeba niczego naciskać. Wystarczy akt anielskiej woli. Uspokoję, powłoki mają także opcję: z poświatą i aureolą. Często ukazują się takie postacie, na Wałowej, po północy.
Teraz stało się dla nas wszystko jasne. Ja sobie to uświadomiłem nagle. Na ulicy Ducha, pod bazyliką. Tylko co z stanie się teraz z życiem bez grzechu „tutaj”? Tylko takie życie gwarantuje „niebo”. A skoro „tam” to „tutaj”, to można żyć „hulaj dusza piekła nie ma”. To tak znowu nie idzie, że skoro żyjemy już w „niebie”, to możemy sobie tak bezmyślnie grzeszyć. Jest bowiem jeden ważny warunek…
Można go nazwać – warunkiem miłości. To prosty warunek. Musimy się szczerze kochać. Wszyscy nawzajem. Konieczna jest multilateralna miłość powszechna Sądeczan. Miłość ta nie może mieć żadnych warunków. Gdy spełnimy miłosny warunek, ten powszechny stan miłości wzajemnej, to będziemy „tam”, czyli w „tutaj”, czyli „niebie” – w Nowym Sączu. Jakie to wszystko proste jest! Ciekawe, co na to wszystko powie – Ksiądz Proboszcz. Ale zdaje się, że on także wzywa do miłości na każdym kazaniu.
Idę teraz do biblioteki. Chcę zachłannie czytać socjologię XX wieku i coś wnieść do naszego sądeckiego „nieba”. No i co zastaje na bibliotecznym parapecie? Człowiek w teatrze życia codziennego. Erving Goffman. To książka wprost idealna po tym wstępie, po perspektywie podwójnego świata w Nowym Sączu, tego ziemskiego i tego boskiego.
Maciek w drugiej klasie liceum czytał Goffmana namiętnie, bo jego bardzo dobrze się czyta. Jest taki plastyczny w opisach, a i pisze w sumie o życiu, o ludzkich zachowaniach. Książka Człowiek w teatrze przypomina trochę Filozofię dramatu Józefa Tischnera. Goffman podobnie widzi „teatr życia” jako scenę, a ludzi jako aktorów, którzy grają swoje role.
Ta książka Goffmana bardzo pasuje do tematyki festiwalu filmowego w Starym Sączu. Byłem na festiwalu, a teraz czytam o „filmie życia”. Skąd oni w bibliotece posiadają takie wyczucie? A może byli również na festiwalu? A może nawet Pan Prezydent z Księdzem Proboszczem byli incognito? Ja nikogo nie widziałem, bo stałem na ulicy.
Co wynika z Człowieka w teatrze? Wychodzi także i na to, że nasze życia, to grane role. Może to trochę upraszcza sprawę, ale jest dość spektakularne, teoria dopalana jest także wieloma przykładami, porównaniami wprost z życia – codziennego. Film bowiem się toczy. Będzie trwał … do śmierci. A potem? W tej sprawie dywagowałem na początku. „Tam” to „tutaj” i odwrotnie. To bardzo krzepi.
Filmy na festiwalu w Starym Sączu trwały po 90 minut, a nasz film życia toczy się – całe życie! W tytule książki jest „teatr”, ale „film” bardziej pasuje. Kiedyś mówiło się „urwał mi się film”. To oczywiste, że życie przypomina bardziej film niż teatr. To jest jasne. Koniec i kropka.
Zatem odgrywamy swoje role życiowe. To jak prezentujemy się innym zależy od tego w jakim jesteśmy wieku, jaką mamy pozycję w strukturze społecznej. Ale wiele zależy od … sytuacji. Goffman nazywa tę sytuację – dramaturgiczną. Ona ma własną wewnętrzną dynamikę.
Goffman rysuje swoją teorię jako perspektywę, z której dobrze widać zjawiska społeczne. Tak, Goffman jest socjologiem. Jest zatem perspektywa dramaturgiczna. Są także inne: polityczne, kulturowe perspektywy, ale ta dramaturgiczna zajmuje Goffmana. On dodaje tę dramaturgiczną perspektywę do innych. Nie obala niczego, jego perspektywa dramaturgiczna jest – wartością dodaną.
Teorie funkcjonalistyczne, teorie konfliktu chciały ukazać głębsze motywacje dla naszej aktywności społecznej, interpersonalnej. To nawet przekonywało. A tutaj w Człowieku w teatrze Goffman przedstawia alternatywny pogląd i w sumie dość zgrabną teorię socjologiczną…
Otóż, nasze codzienne prezentacje, występy, które wykonujemy przed sobą wzajemnie wynikają ze specyficznych motywów. One koncertują się na sytuacyjnych scenariuszach, które zajmują nas bardzo. To rymuje się z interakcjonizmem symbolicznym, który kiedyś analizowaliśmy. Pamiętamy, że kluczowa jest interakcja: ja-ty. A te relacje ekstrapolują zjawiska makrosocjologiczne.
Goffman pisze, że bardzo nam zależy aby – dobrze wypaść. I to nas mocno pochłania, to planowanie występów przed innymi, aby dobrze wypaść. Nawet w codziennym życiu. To, że ktoś chce dobrze wypaść na castingu, albo na interwiu, to jakoś jest normalne. Ale wedle Goffmana nawet w zwykłych sytuacjach życiowych także chcemy dobrze wypadać.
Człowiek jest zatem aktorem, który używa rożnych rekwizytów. Te zaś Goffman definiuje szerzej, jako: klisze, środki retoryczne, pozy. One służą, aby się zaprezentować korzystnie. Dlaczego nam na tym tak zależy? To wynika z roli – cudzego spojrzenia. Tak twierdzi Goffman.
Jesteśmy obserwowani, jesteśmy obiektem czyjejś uwagi. Wtedy zachowujemy się inaczej. Rola „cudzego spojrzenia” jest podstawą perspektywy dramaturgicznej. To wypełnia życie każdego człowieka wedle Goffmana. Im więcej jest interakcji społecznych, tym więcej przygotowań do występów. Wiele zawodów wiąże się mocno z wywarciem odpowiedniego wrażenia. To tworzy napięcie, ale czasami wręcz paraliżuje.
Teraz pomyślmy tylko: ile interakcji społecznych towarzyszy Panu Prezydentowi i Księdzu Proboszczowi. A ich to zupełnie nie paraliżuje, są zawsze przygotowani i gotowi do występów. Ja po przeczytaniu Człowieku w teatrze życia codziennego czuję się nieco sparaliżowany, chodząc po rynku, po Jagiellońskiej.
Goffman pisze, że to co umożliwia nasze występy publiczne jest zgoda powszechna na występy. Goffman poświęca sporo miejsca opisom warunków występów. Najważniejsze są warunki, które musi spełnić sam aktor. On musi posiadać „fasadę osobistą”. Chodzi o wyraz twarzy, ubrania, gestykulację. Chodzi także o kontrolę swojego ciała. A nie jesteśmy w stanie w pełni kontrolować swojego ciała. Pocimy się, jesteśmy zmęczeni, tracimy koncentrację. Nasze ciało czasami płata figle.
Goffman zauważa także, że czasami nie kontrolujemy sytuacji, reakcji swojego ciała, a zauważają to inni. Tak, inni czasami widzą to co my chcemy ukryć. Dochodzi czasami również do rozbicia fasady i wówczas inni widzą coś innego niż aktor-człowiek chce pokazać. Czasami inni widzą fałsz. Co więcej, wedle Goffmana nie ma występu w pełni szczerego, jest zawsze zabarwiony jakimś fałszem. Kogoś gramy, stosujemy scenariusz, który wyklucza pełną szczerość.
No i jak teraz chodzić po ulicy? Goffman daje jednak nadzieję, że można stosować gotowce, takie schematy postępowań w określonych sytuacjach. Te wzorce uważamy za własne, ale one od nas nie pochodzą. Jest także „fasada instytucjonalna”. Ona wynika z pełnionej roli społecznej. Bycie prezydentem, proboszczem jest taką rolą, której trzeba się nauczyć.
Można się także ukryć za fasadą instytucjonalną. Czyli co? Pan Prezydent i Ksiądz Proboszcz ukrywają się za taką fasadą instytucjonalną? Nie są zatem autentyczni? No tutaj można dyskutować z Ervingiem Goffmanem. On nie bywał w Nowym Sączu najpewniej.
No cóż, moja rola społeczna jest żadna, wiec jestem zwolniony z większej odpowiedzialności. I z tą myślą udaje się do „mojego sklepu”, a potem pójdę na mecz piłkarski na ulicy Kilińskiego. Stadion jest co prawda zamknięty dla kibiców, ale ja będę oglądać mecz z mostu. Zawsze coś zobaczę. Piłkarze także odgrywają swoje role na boisku, podczas meczu. Jakie to wszystko jest fascynujące…
PS
Czytajmy mądre książki.
A posłuchać można krótkiego utworu Zbigniewa Preisnera. On dzisiaj będzie występować w Starym Sączu (Na fortepianie będzie grać sam Dominik Wania!). A ten utwór ma słowa wiersza Manuela Torgi – Contico de Amor – Pieśń miłości. Miłości potrzebujemy w Nowym Sączu przecież!
Cantico de Amor
Ama qua amas
Como o vento
Ama as volhas de olmo
Amor que lhes transmite movimento e alegria
Asa que possa andar no firmament
So caminha no chao por cobardia
Portugalski, to piękny język…





