CZĘŚĆ SZEŚĆDZIESIĄTA DRUGA
Są Święta Wielkiej Nocy. Miasto Nowy Sącz zamarło w świątecznym bezruchu. Tylko wiosna szaleje na ulicach, wzdłuż sądeckich rzek. Temperatura bije rekordy. Nad Łubinką pojawiły się bociany, czy afrykańskie czaple wraz z piaskiem Sahary. Kwiecie wysypało. No i Kasztan nawet ożył. Otrzepał się z zimowego omdlenia i obserwuje ratusz.
Chodziłem po Jagiellońskiej o wschodzie marcowego słońca. Zacząłem nagle widzieć na bruku obrysy zwłok. Takich, jak z filmów kryminalnych. O co idzie? Co oznacza ten omam? To oczywiste. Sprawcą śmierci jest czas. On nie ma motywu. A może jednak ma? Czas może być narzędziem Boga?
Ale ja wierzę, że jednak coś zostaje po człowieku. Jest trwająca wola umarłych. Kiedy Oni: skinęli nam przyjaźnie, dłonią, z balkonu, na Jagiellońskiej, w 1983, w czerwcu. Te drobne gesty żyją ciągle, są pośród nas. Zmieniają się tylko trochę. Szlachetnieją jak dobre wino. Odchodzą od rzeczy, przechodzą na stronę prawd. Ongisiejsze gesty umarłych tak właśnie mają. Zostają z nami. My je przekazujemy dalej, w sztafecie pokoleń.
Nadzieją jest Zmartwychwstanie. I nagle usłyszałem wyraźnie muzykę. Ktoś włączył II Symfonie Gustava Mahlera – Resurrection. Auferstehung. Zmartwychwstanie. Na Wałowej słuchali Mahlera rano w Wielką Niedzielę. Spodziewałem się słyszeć Mesjasza Haendla. A tutaj zaskoczenie, słyszę podniosłego, strzelistego Mahlera. W Nowym Sączu, na Wałowej znają się na muzyce. Dźwięki „drugiej” Mahlera poderwać mogą umarłych z grobu. Ale jeszcze nie czas na zmartwychwstanie naszych umarłych.
Obrysy zwłok z Jagiellońskiej chciały jednak wstać z bruku i uciekać na wschód. Nad Kamienicę, w stronę wschodu słońca. Znowu będzie dzień w czerwcu. Można go będzie jeszcze raz przeżyć. Siedzieć na kamieniach. Moczyć nogi we wodzie. Ona płynie z Krynicy. Daje chłód i zdrowie. Będziemy żyć wiecznie! Piekło nie istnieje! Chrystus podobno zmartwychwstał. Trzeba w to wierzyć. Lepsza jest pewność niż wiara. Jesteśmy jednak skazani na wiarę.
Idę pod bibliotekę. Wiem, że dzisiaj mają „nieczynne”, ale coś wystawili mi na parapecie przecież. Po drodze jednak spotykam kogoś znaczącego…
Podchodzi do mnie niski, krępy blondyn. Prosi o rozmowę. Przedstawia się. Jest reprezentantem sądeckiego, małego biznesu. Od lat sprzedaje zabawki dla kobiet. Informuje, że biznes idzie mu coraz lepiej. Bogaci się. Ja mu gratuluję. On mówi, że nie w tym rzecz. On ma bowiem ważne pytanie…
Pyta: czy jeżeli rosną mu przychody i zyski w jego firmie, to czy równocześnie wzrasta iloraz jego inteligencji? Na tym mu bardzo zależy. On nie jest pewny. Ale zauważył u siebie pewne symptomy wzrostu inteligencji, zwłaszcza rano, na czczo, przed śniadaniem. Ja nie wiem, co mu mam odpowiedzieć. Nie chce go urazić, ani zrazić. Odpowiadam asekuracyjnie: to całkiem możliwe.
On dalej ciągnie opowieść. Mówi, że sam z siebie zapragnął przeczytać … „Adriana Camus”. Opowiada, że przeczytał „Innego”. Zrobił na nim wrażenie. Zabiera się teraz za czytanie „Malarii” Camus. Czyta także to co ja piszę. Pyta: czy to nie jest oznaką, że jego iloraz inteligencji rośnie? Potwierdzam. Jest zadowolony.
Potem zaczyna mi podawać jeszcze inne objawy swojego porostu inteligencji, ale na innym polu. Mówi o polityce. Twierdzi, że ma przepis na połączenie wszystkich doktryn i jest gotów zgodzić się z każdą. Jest również w stanie zaprzeczyć każdej. Tak na zawołanie. Uprawia także światopoglądowy płodozmian. To praktyczne. Dzięki temu dostrzegł symetryzm kwadratury politycznego koła. Nic nie odpowiadam.
Bardzo mnie jednak zaciekawiło i wzruszyło, że przedstawiciele sądeckiego, małego biznesu mają taki ciąg na intelekt. Pogratulowałem biznesmenowi postępów. Pożyczyłem mu dalszych. Wyściskaliśmy się na pożegnanie. On wówczas wydobył zdobny pugilares i wręczył mi 200 złotych w jednym banknocie. Na odchodne powiedział, że nie muszę mu oddawać. Poczułem wdzięczność. Udałem się do biblioteki radosnym krokiem.
Tam widzę już daleka obciążony książką parapet proboszczowski. No i jakże, co mógł zaserwować we Wielką Niedzielę, po Wielkim Tygodniu Ksiądz Proboszcz? Droga na Górę Karmel. Jan od Krzyża. Jedziemy zatem ostro, w głąb zagadnienia wiary w Dobrego Boga. Istnieją jeszcze inne powody, dla których Ksiądz Proboszcz poleca mi i Czytelnikom Drogę Jana od Krzyża. O nim pisał Karol Wojtyła swoją pracę habilitacyjną. Odnosił się gęsto do Drogi, bo to bodaj najważniejsza praca Jana od Krzyża.
Idę czytać Drogę, pod plebanie, aby być najbliżej Księdza Proboszcza. W razie pytań, nacisnę dzwonek domofonu. Ksiądz Proboszcz wyjdzie i objaśni, co trzeba. A trzeba nam dokładnie zrozumieć proces dojścia marnego człowieka do wolności. Tej duchowej, która rośnie wprost proporcjonalnie do zbliżania się do Boga. O tym pisał właśnie Jan od Krzyża.
To może stać się dzięki „współpracy z łaską”. Jak to zrobić? Praktykować cnoty „teologalne”. Trzeba zastosować metodologię teologiczną, która zaleca Jan od Krzyża. Trzeba oderwać się od innych miłości i skierować się z całym impetem siebie ku Bogu. To zaś może stać się wyłącznie za sprawą wielkiej triady: wiary, nadziei i miłości.
Chodzi o oczyszczenie. To może stać się poprzez powiązanie trzech władz duchowych człowieka: rozumu, pamięci i woli z trzema cnotami teologalnymi: wiarą, nadzieją i miłością. To cnoty Boskie, „cnoty walne”. Te wymienił sam św. Paweł, twórca Kościoła, już w pierwszym liście do Koryntian. Mocna sprawa. Ale czy to nie jest jednak … zbyt teoretyczne? Czytamy dalej Drogę.
Czytamy o trzech etapach do zjednoczenia się z Bogiem. Jest: doświadczenie Bożej miłości. Potem: poszukiwanie „Boskiego Oblubieńca” pośród ciemności nocy. Na koniec: ponowne spotkanie, zjednoczenie. Te 3 etapy nie są jedynie chronologią. One są jednocześnie źródłem zjednoczenia z Bogiem. Zdaje się, że ten etap drugi jest najważniejszy. Trzeba wszystko odrzucić i skoncentrować się na Bogu. Na miłości totalnej do Boga.
Pada takie oto zdanie: “Kto jest naprawdę zakochany, odrywa się natychmiast od wszystkiego innego, by jeszcze więcej pozyskać z tego, co miłuje.” Taki jest Janowy „rachunek miłości”. Nie należy marnować depozytu miłości. Wszystkie zasoby siły miłości trzeba skierować na Boga. Teraz nie mamy wątpliwości, że Jan od Krzyża był mistykiem. Oni zawsze są skrajnie totalni.
Jak teraz wsadzić do Janowego rachunku miłości taką miłość małżeńską? To jasne teraz, że tylko „święci ojcowie” są najbliżej Boga. Nie marnują potencjału miłości na doczesności, na miłosną prokreację. Nie można dopuścić do rozrzutności ograniczonych zasobów ludzkiej miłości. Ustanowiono zatem celibat. A skoro tak, to…
Chce nacisnąć dzwonek domofonu plebanii i nie pytać o nic Księdza Proboszcza, tylko pocałować go w rękę. To on bowiem jest bliżej Boga. Odrzucił ziemskie zbytki. Nie rozprasza depozytu miłości. Nie spogląda na białogłowy.
Ale ja także nie patrzę już, ale to ze względu na swój wiek. A jak w tym osadzić Pana Prezydenta? On niechybnie rozprasza się na ziemskie miłości. Jest bliżej świata, bliżej życia, bliżej ludzkich spraw, sądeckich spraw. Dlatego startuje w wyborach i może je wygrać. Ale i bezwłosy Apollo także ma szanse.
Jan od Krzyża mocno kręci się wokół „wiary”. Ta zdaje się być według niego kluczowa. To ona prowadzi do oczyszczenia. To nawet jest logiczne. Trzeba bowiem naprzód „uwierzyć” w tą metodologię Jana od Krzyża. Wiara jest konieczna, fundamentalna. No i są włodarze tej wiary. To święci patriarchowie Kościoła. Czyli, co? Nie ma bezpośredniej „drogi” do Dobrego Boga? Konieczni są patriarchowie? A Wolter pisał: Człowiek wolny idzie do nieba drogą, jaka mu się podoba.
Wedle Jana od Krzyża wiara jest pewną umiejętnością człowieka. To jednak sprawność – ciemna. Dlaczego ciemna? Dzięki niej człowiek obcuje z rzeczywistością. To dość zagmatwane. Jan od Krzyża stosuje liczne uproszczenia i przeskoki. Wyjaśniam, jak umiem.
Bóg daje człowiekowi prawdę w objawieniu. Ta jest skomplikowana i przekracza możliwości umysłowe człowieka. Prawda objawiana jest tak silna, że przekracza rozum. On ślepnie. Człowieczy rozum wpada wtedy w „noc wiary”. Prawda, że to fantazyjna koncepcja? To połączenie „wiary” i „nocy”. Trzeba pamiętać, że Jan od Krzyża był także zdolnym poetą.
Co dalej się dzieje? Jeśli człowiek trwa w świetle wiary, to mimo bycia ociemniałym poprzez przekraczającą go prawdę objawienia, to właśnie mimo to: zbliża się do zjednoczenia z Dobrym Bogiem. Dostępuje oczyszczenia, z pożądania, które brudzą i plugawią duszę. Trudno to zrozumieć. To trzeba przyjąć – na wiarę. To jednak nie koniec.
Pomaga człowiekowi Duch Święty. On działa w człowieku. Ale jest warunek, człowiek musi chcieć skupiać swoje siły: rozumu, pamięci, woli. Umysł nie może odnaleźć większego skupienia niż w wierze. Im czystszy i skupiony na swoich duchowych siłach jest człowiek, tym jest doskonalszy – w swojej wierze. I dzięki temu posiada więcej miłości boskiej. Otrzymuje również nagrodę. Bóg wtedy ukazuje człowiekowi swoje tajemnice i wznosi człowieka przez cnoty i dary – mistyczne!
Jest zatem droga i wiara mistyczna. Jest cudownie fantazyjny suspens wiary. Ja tak to odebrałem. Czytałem Drogę i wpadłem w zachwyt nad tymi implikacjami. Jan od Krzyża posiadał niewątpliwie dużą wyobraźnię. To trzeba docenić.
Jest taki oto cytat: “Usiłuj zawsze skłaniać się: nie ku temu, co łatwiejsze, lecz ku temu, co trudniejsze; nie do tego, co przyjemniejsze, lecz do tego, co nieprzyjemne.” To raczej zniechęci wielu. Kto chce wybierać „nieprzyjemne”? Z „trudniejszym” jest jakoś łatwiej. Można bowiem czytać łatwe romanse, ale można także czytać trudniejszego Jana od Krzyża.
Ja to właśnie teraz realizuje, a ze mną Czytelnicy. Jak dotarliście do tego momentu tekstu, to zrealizowaliście część postulatu Jana od Krzyża.
Teraz także wiem, że Pan Prezydent także przeczytał Drogę na Górę Karmel Jana od Krzyża. On nie idzie na łatwiznę i tanie kompromisy. Nie jest także jakimś mydłkiem w pogoni za tanimi przyjemnościami. No cóż, czasami pozwoli sobie wychylić niespiesznie kieliszek słodkawego porto tawny. Ja mu za to nie czynię pretensji. Wyborcy także nie będą z tej słabostki czynić wyrzutu. A Apollo pije za to hedonistyczne kakao.
Tyle z czytaniem i interpretowaniem Drogi Jana od Krzyża. Wiara tutaj jest jednak jednokierunkowa. Mnie zainteresował inny kierunek, a raczej relacja wiary. Bóg bowiem domaga się wiary w siebie od człowieka, pod rygorem kary. Przypomniała mi się opowieść o Abrahamie i Izaaku. Ten okrutny test wiary i posłuszeństwa Abrahama, jaki dokonał Bóg. Jest także historia „złotego cielca” z Księgi Wyjścia, kiedy to poirytował się Bóg, że Izraelici znaleźli sobie inny obiekt kultu i utracili właściwą „wiarę”.
Chce teraz zadać pytanie Księdzu Proboszczowi. Pytanie nieśmiałe. Z góry przepraszam. Targają mną człowiecze wątpliwości. Chce zapytać o wiarę – od strony Boga. Nie znalazłem odpowiedzi w Drodze.
Oto moje kilkuczłonowe pytanie:
Bóg oto, domaga się aby człowiek w niego wierzył? I to pod rygorem kary wiecznej. Dlaczego Bóg tak chce? Do czego potrzebna jest Bogu ta wiara „marnego” człowieka? Co ta wiara ma sprawić w perspektywie boskiej?
Wszechmocny, doskonały Bóg chce i domaga się wiary w siebie od niedoskonałego człowieka? Czy to jakaś fanaberia i zaborczość Boga? Jak to wszystko pogodzić w kontekście doskonałości i wszechmocy Boga?
A może jednak to domaganie się wiary nie wychodzi od Boga? A może banalnie wychodzi od człowieka, który stworzył religię i dogmaty? To właśnie pasuje do zaborczości człowieka. O banalną zaborczość nie sposób posądzać Boga.
Nie naciskam jednak guziczka domofonu plebani. Po prostu, wstydzę się. Biorę pod pachę Drogę na Górę Karmel świętego Jana od Krzyża i idę obmyć twarz i stopy w czystych wodach Dunajca. Może tak dostąpię częściowego oczyszczenia?
PS
Czytajmy mądre książki.





