Strona główna Twoje miasto

Sokrates w Nowym Sączu czyta Herberta Spencera

CZĘŚĆ SZEŚĆDZIESIĄTA DZIEWIĄTA

No i doczekałem się. Ostatnie teksty bardzo poruszyły niektórych, ale nielicznych mieszkańców naszego miasta. Z jednej strony niespodziewana wizytacja Nikodema Dyzmy w naszym mieście. Z drugiej strony ekstrapolacja piękna kobiet w sądeckim amfiteatrze. „Stare kobiety” już wygrały konkurs piękności. Podobno miski zamierzają wycofać się z uczestnictwa w zawodach.

Na skrzyżowaniu ulicy Jagiellońskiej i Wałowej podeszło do mnie dwóch radnych miejskich. Tej, albo poprzednich kadencji. To w sumie nieważne. Oświadczyli, że chcą nadać mi tytuł honorowego obywatela Nowego Sącza, albo wręczyć tarczę herbową. Zapytali mnie bez ogródek, co wybieram. No i wpadłem w popłoch.

Reklama

Opowiadałem im, że ja się nie nadaje do takich zaszczytów. Poza tym boję się również, że laudację na moją cześć wygłosi pewien znany radny. On wygłasza ostatnio wszystkie laudacje. One mają działanie, jak perwersyjna zemsta. Ludzie nie pamiętają laureata, ale pamiętają laudacje. To prosta droga do publicznej kompromitacji.

Oni nalegali. Nawet padło ostrzeżenie, że nie muszę nawet wyrażać zgody. A na wręczenie miejskiego wywyższenia, w razie braku mojej zgody, zostanę doprowadzony na salę magistracką – siłą! Przez policję albo straż miejską. I oni tam w magistracie żadnych zgód nie potrzebują. Ostatnio jakiś generał oponował, ale jednym słowem żołnierskim przywołano go do porządku. Tarczę mu wręczono, a może było to honorowe obywatelstwo. On jeszcze dziękował, prawdopodobnie ze strachu. Nawet twardego żołnierza można złamać.

A może ci mężczyźni podający się za radnych są w istocie urzędnikami sądu śledczego? A ja mam ostatecznie zostać aresztowany jak Józef K.? Wcześniej widziałem na Jagiellońskiej kobietę uderzająco podobną do Pani Grubach.

Ale ci dwaj mogli także pochodzić z Krainy Deszczowców. Jeżeli tak, to doszło do fatalnej pomyłki i wzięli mnie niechybnie za profesora Baltazara Gąbkę. Brak mi radykalnie jego kompetencji. Już prędzej przypominam Wawelskiego Smoka. Ale ja nie dysponuję jego odwagą.

Wszystko stało się dla mnie bardzo podejrzane. Postanowiłem uciekać. Wiedziałem bowiem jak skończyła się historia Józefa K. Pobiegłem ulicą Wałową i potem na lewo w Sobieskiego. Oni biegli za mną. Coś pokrzykiwali. Dopadłem Lwowskiej i skierowałem się w kierunku płyty rynku. Tam czuje się jak u siebie. Ale oni rozdzielili się. Jeden biegł za mną, ale drugi od strony Jagiellońskiej chciał mi zabiec drogę.

No i ja ostro skręciłem na ulicę Ducha. Zgubiłem radnego, który biegł za mną. Od razu wiedziałem, że nie wytrzyma. Był otyły. Ale ten drugi, to kawał chłopa i szybki na nogach. (Powinni go wziąć do drużyny piłkarskiej.) No i co dalej? Biegnę ulicą Ducha i Wyszyńskiego. Przeżegnałem się dla zwiększenia szczęścia. Drągal wyskoczył jednak od strony rynku.

Ja wycofuje się i biegnę dalej Ducha. Mam plan, chce wbiec w ulicę Wąską. Udaje mi się. Nie ma jednak czasu na kontemplacje malunków. Wtem, nie wiadomo, jak i dlaczego ten mały radny, mimo otyłości, zabiegł mi drogę. Biegnę z powrotem, w stronę „kolejówki”. Ale i jednocześnie biegnę w stronę bazyliki. Tak chyba podświadomie, w kierunku plebani. Ksiądz Proboszcz może mnie ocalić, ukrywając w pawlaczu.

Tak, doszło do rozdwojenia mojego ciała i świadomości i do bilokacji. To tylko podwoiło poczucie dyskomfortu. Uciekałem bowiem – podwójnie. Jednocześnie pod kolejówką przed tym małym grubaskiem, a pod bazyliką przed dryblasem. Który mnie w końcu dopadnie? Nie wiem, co byłoby gorsze. Ale dokonał się nagły zwrot w sytuacji…

Biegnę i biegnę, nogi odmawiają posłuszeństwa. Zdaje się, że stoję w miejscu. Brnę, jakby w błocie. Czuje, że jestem w jakimś oślizłym kokonie. Panowie radni już nadbiegają. Mają twarze, jak postacie z Sądu Ostatecznego Hieronima Boscha. Dzierżą w dłoniach jakieś przedmioty. Wydaje mi się, że siekiery. Koszmar!

Co dzieje się teraz? Budzę się! To znowu sen. Ja sobie zasnąłem pod Kasztanem. Jak zorientowałem się, że to tylko sen, wycałowałem z radości pień Kasztana.

No dobrze, dość tych onirycznych dywagacji. Udaje się do biblioteki. Nie chcę już czytać Karola Marksa. Wspomnę jeszcze, że pod drodze do biblioteki miałem zaskakującą rozmowę z pewnym sądeckim inżynierem. Pytał o związek feminizmu i neomarksizmu. Czy abym jednak tego nie wymyślił, aby ośmieszać feministki, albo tych, którzy ostrzegają przed neomarksizmem. Tak, owszem, to kuriozalne powiązanie.

Przysięgałem na Dobrego Boga, że tego powiązania nie wymyśliłem. Brak mi takiej wyobraźni. Ale jest to tylko potwierdzenie, że w narodzie nie brak fantazji, zwłaszcza u domorosłych znawców marksizmu. Namnożyło się ich ostatnio sporo.

Na bibliotecznym parapecie musi tym razem być Herbert Spencer. Chyba, że zaserwują Maxa Schelera. Tak trzeba rozwijać socjologię klasyczną. A oni tam w bibliotece już to wiedzą. Mnie jest wszystko jedno, czy ma być to Spencer czy Scheler.

No i jest jednak chronologiczny Herbert Spencer. The Study of Sociology. To chyba najciekawsze dzieło, szczególnie w dzisiejszych czasach pełnych „stronniczości”. Te analizuje właśnie Spencer 150 lat temu w 1873 roku.

Herbert Spencer to niesłusznie zapomniany socjolog, a należał do wybitnych ludzi w XIX wieku. Maciek nam to objaśniał zaskakująco. Spencer miał jedną wadę. Pisał dość prosto i jasno. Aby zostać zapamiętanym trzeba pisać zawile, mętnie, wieloznacznie. Czytający mają się głowić. To jest recepta dla zachowania pamięci potomnych. Ja także komplikuję ponad miarę to moje pisanie.

Maciek bardzo cenił Spencera. Siostrze Izydorze przeszkadzał jednak ultraliberalizm, libertarianizm Herberta Spencera. Maciek jednak doskonale to wszystko syntetyzował, chodzi o myśl socjologii klasycznej. Z jednej strony zajechał Spencerem, a z drugiej strony podparł sprawę Marksem, uzupełnił Weberem, a swój wywód zadaszył Durkheimem. Fundamenty zaś opierał często na Heglu. Maciek posiada również kompetencje architekta. Zna zatem zjawisko emergencji, relacji cegły do budowli.

Idę czytać Studia na Dunajec. Dlaczego? Przyczyn jest kilka. Ale nie będę ich podawał, bo czas pisać o myśli Spencera. Jakże on cudownie i trafnie pogrupował „stronniczości”! Tak, tymi, którymi kierujemy się w życiu publicznym, uprawiając spory, ale i niestety awantury. W tym także te wyborcze i polityczne.

Warto to sobie uświadomić w końcu. Zwłaszcza teraz, kiedy to polaryzacje sięgają zenitu w wielu krajach. Jest przykład Słowacji. Ależ biblioteka publiczna posiada timing i wyczucie sytuacji. Właśnie teraz, w przedwyborczym czasie powinniśmy poczytać o – „stronniczościach”.

Pierwsza stronniczość ma związek z patriotyzmem. Ta kategoria jest mocno obecna w dyskursie. Patriotyzmu raczej nie gani się, nawet w wersji soft, to płacenie podatków, sprzątanie po swoim psie w parku. On jednak może stanowić zakłócenie w obiektywnym osądzie socjologicznym. One prowadzą do błędnego osadzania własnego narodu, ale także innych narodów. Powstaje względność, wybielanie własnego narodu i surowość w ocenie innych. Stronniczość patriotyczna dotyczy błędnego postrzegania historii.

Drugą stronniczością jest ta odwrotna – antypatriotyczna, zwana oikofobią. Jej źródłem jest protest przeciwko „patriotom”, ich hieratycznej pozie. To taka postawa reaktywna. Źródło tej stronniczości wynika ze swoistego narcyzmu. Gdy ktoś wychwala inne narody, to staje się takim światowcem. Może być przyczyną także zwykła ignorancja i niewiedza.

Te dwie stronniczości – patriotyczna i antypatriotyczna – są jak awers i rewers. Warto nam wiedzieć, że to są jednak stronniczości, których winniśmy unikać, tak przestrzega nas Spencer. Takich postaw mamy wiele w naszej przestrzeni krajowej, ale i na naszej sądeckiej ziemi.

Istnieje stronniczość klasowa. Ona pochodzi z egoizmu wynikającego z przynależności do określonej klasy społecznej. To może zaburzać sprawiedliwą ocenę. Można zatem przesadnie wywyższać własną klasę i jej rolę. Możemy sobie wyobrazić zestaw opinii: bez przedsiębiorców wszystko by się zawaliło… bez polskich rolników zapanowałby głód… bez kleru zapanował by grzech i zbrodnia.

Może być i tak, że dodatkowo krytykuje się przedstawicieli innych klas. Jak? Pracownicy i robotnicy w oczach przedsiębiorców mogą być postrzegani jako nieroby i roszczeniowcy i odwrotnie biznesmeni jako wyzyskiwacze i złodzieje.

Kolejna stronniczość wedle Spencera to ta polityczna. Pierwsza to stronniczość – partyjna. Ile mówi się o walce plemion partyjnych, o „bańkach”, o polaryzacji. To nie dotyczy tylko Polski, w wielu krajach tak się dzieje. Trzeba nam pamiętać, że to jest – stronniczość. Warto jednak zdawać sobie sprawę, że stronniczość partyjna generuje również stronnicze opinie na temat wydarzeń historycznych.

Inną ciekawą forma stronniczości jest prawodawcza. Chodzi o nadawanie przesadnej roli prawa i jego mocy. To, że tak sadzą prawnicy, to jakoś można wyjaśnić, ale bywa, że takie opinie wyrażają politycy. Wedle Herberta Spencera prawo nie wywołuje skutków społecznych, jakich się o nich spodziewano, a bywa i tak, że prawa powodują negatywne skutki uboczne. Można teraz przypomnieć starą dychotomię ducha i litery prawa.

Z poprzednią stronniczością wiążę się przesadną wiarą w rolę instytucji w życiu społecznym. Aby dobrze zrozumieć Spencera, on nie krytykuje roli prawa i instytucji. On piętnuje „przesadną” wiarę i nazywają ją właśnie stronniczością. Jest jeszcze pewien ważny kontekst wiary, że skoro jakieś rozwiązanie i instytucja sprawdziła się gdzie indziej, u bogatych sąsiadów, to zaaplikować ją należy u siebie. 

Herbert Spencer twierdził, że forma rządu, prawa, instytucji jest dobra o tyle, o ile wynika z charakteru narodowego, wspólnoty społecznej. Amerykanie już o tym wiedzą, bo instalowanie demokracji w krajach arabskich nie powidło się. Można mieć wątpliwości, czy powiodłoby się przeszczepienie rozwiązań w służbie zdrowia wprost z Singapuru. To podobno najlepszy system zdrowotny na świecie. Pamiętać jednak trzeba, że to Singapur, który jest de facto półdyktaturą. 

Jest i stronniczość liberalna. Chodzi tutaj o przecenianie środków wolności, takich jak pewne regulacje prawne, referenda, głosowania w stosunku do samej efektywnej wolności. To nie może stać się bożkiem, bo czasami te instrumenty ograniczają wolność. Pisze o tym ultraliberał Spencer.

Jest i kolejna odmiana stronniczości politycznej. To dość zaskakująca, ale i smutna stronniczość. To polityczny nadoptymizm. Chodzi o złudną wiarę, że może być lepiej, że może być lepszy rząd, lepsza władza, uczciwa i prawdomówna. Niestety, mamy takie rządy, jakie mamy społeczeństwo. Rządy to emanacja społeczna. Gdyby trafił się jakiś geniusz, to najpewniej nie został by wybrany, gdyby dana społeczność nie posiadała iskry geniuszu.

Tutaj trzeba się jednak zatrzymać i zapytać o Nowy Sącz i Pana Prezydenta. Ostatnio były wybory. Ja chcę wierzyć, że Sądeczanie to jednak genialni ludzie. Nie chcę nic pisać więcej. A Księdza Proboszcza wybiera biskup i kuria. Tutaj cecha geniusza i wynikanie inaczej się kształtuje.

Przeceniamy także historię jawną, a polityka dzieje się często zakulisowo i niejawnie. To nie może doprowadzić nas do teorii spiskowych, ale trzeba nam wiedzieć, że niejawność odgrywa ważną rolę.

Jest wreszcie stronniczość teologiczna. Chodzi o sympatię do własnego wyznania i antypatię do innych wyznań. Ta stronniczość może wpływać na oceny etyczne i ich wykoślawienie. Spencer twierdzi, nie bez racji, że chrześcijaństwo było przewrażliwione na temat seksualności. Jest stronniczość odwrotna – antyteologiczna. Gdy ktoś odejdzie od religii, albo zmieni religię, to jest nieprzejednany w opiniach, traci obiektywizm.

Tyle stronniczości wymienił Herbert Spencer w Studiach o socjologii. Można je uzupełnić o: rasizm, seksizm, ale i przeciwstawną poprawność polityczną.

Ja kończę czytać i udaje się nie na płytę rynku, pod mój sklep. Chcę skonfrontować się ze swoimi własnymi stronniczościami. To może stać się wyłącznie w procesie społecznego kontaktu.

PS

Czytajmy mądre książki.

Aby lepiej poczuć senną rzeczywistość można pooglądać sceny z filmu Andrieja Tarkowskiego

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj