Strona główna Twoje miasto

Sokrates w Nowym Sączu czyta „Wiarę filozoficzną wobec objawienia” Jaspersa

CZĘŚĆ PIĘĆDZIESIĄTA DZIEWIĄTA

Dlaczego Nowy Sącz leży w kotlinie? Na „płaskoniżu”. Wnioskuję, aby przenieść nasze miasto na jakiś płaskowyż. Tam wiatr wywieje smog i wraz z nim wszystkie złośliwe memy. To dobrze, że nie żyjemy w ciasnej dolinie. Tam jest dopiero nieznośnie. Klaustrofobia wręcz dusi. Nie ma także widoków. Nie jest także przytulnie, jak powiadają idioci. Czy przytulnie może być w celi? Nawet z dużymi oknami… Na płaskowyżu się żyje! A i sądecki ratusz będzie strzelistszy. Zajadą do nas turyści.

Aby coś odpowiedniego napisać trzeba nadać słowom formy. To forma może przeciwdziałać działaniu entropijnego czasu. On unieważnia wszystko. Nie warto mówić i pisać bez frazy. Słowa bez frazy poddawane są szybkiej inflacji znaczenia. Przeciekają przez palce, jak woda, jak piasek.

Reklama

Tak jest z tym moim pisaniem. Tekst żyje kilka dni. Ja jednak cieszę się. Pamięć takiej bezczelnie fruwającej muchy trwa podobno 5 sekund. Stąd jej namolność i ciągłe powroty. To i mnie skłania do ciągłego pisania – kolejnych części.

Piszmy śmiało i jeszcze śmielej. Nie bójmy się sądeckich polonistów. Nie bójmy się literatów i publicystów. Oni nas pogładzą ciepłą dłonią czule po włosach. Ale tych włosach – rosnących na potylicy. Tam niżej jest szyja. Ona zaś jest kluczowa dla sznura. Dla chłodnego ostrza gilotyny na placu Concorde. Nic wtedy szyja nie czuje.

Chodzę kompulsywnie po mieście. Przemierzam trasę od miejsca, gdzie krzyżują się: bohaterskie życie Kościuszki ze wspomnieniami jagiellońskiej potęgi. Idę po rynku pod Kasztan. Wracam do Kościuszki. Myślę o niewolnikach, których wyzwolił. Wyprzedził epokę. Na Jagiellońskiej myślę zaś o Zygmuncie Auguście i jego miłości, która stanęła w poprzek dobra Rzeczypospolitej. Czy u nas w Nowym Sączu są ludzie tego wymiaru? Co poświeciłby taki Pan Prezydent? Ufam, ze dużo. Ksiądz Proboszcz przywdział sutannę.

Tak chodziłem od rana i wreszcie spotkałem na skrzyżowaniu z Wałową frapującego człowieka. Stanął przede mną i wyrecytował solennie: Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie dobro czyni. Rozpoznałem ten cytat od razu. To Goethe! Czy może się przydarzyć coś wspanialszego przed południem, na Wałowej? Wiedziałem już, że mam do czynienia z człowiekiem z literackim rozmachem. Odpowiedziałem bez namysłu: Ich bin der Geist, der stets verneint!  Po czym, wpadliśmy sobie w ramiona.

Pan Literat (tak go sobie nazwałem) mówił wartko, mądrze i bez namysłu. Była w tym także namiętność. Do niej mam słabość, bo bez niej nie można przenieść nawet kretówki, aby o górach nie wspominać. Opowiadał o ludziach, jak prawdziwy badacz ludzkiego życia – komedii ludzkiej. Mówił jednak zmartwiony. Podobno są ludzie w naszym mieście… Jest człowiek o zwalistej posturze. Ale o wąskiej duszy. Żylastym sumieniu. Kościstym umyśle. Podobno ten człek smali cholewki do rady miasta. Z okręgu ważnego, z miejsca wysokiego.

I wtedy padły z jego ust słowa znamienne: w gruncie rzeczy była (jest) to sprawa smaku. Tak smaku. W którym są włókna duszy i chrząstki sumienia. Poznajemy? Oczywiście! To Herbert. Potem zamaszysty Pan Literat mówił o chłopcach o twarzach ziemniaczanych i brzydkich dziewczętach o czerwonych rękach i wąskich ustach. Zaczął Goethem, kontynuował Herbertem. Wiem, to niskie uczucie, ale zazdrościłem mu szczerze. To cytowanie przychodziło mu z wielką łatwością.

Czym skończył? Bez sercbez ducha, to szkieletów ludy. Młodości! dodaj mi skrzydła! Niech nad martwym wzlecę światem. W rajską dziedzinę ułudy. Kędy zapał tworzy cudy. Tak, nie będę nawet podawał autora tych słów. Czytają to wszak sądeccy poloniści.

Ja miałem łzy w oczach. Nie śmiałem zaproponować swojej przyjaźni. Wtem, światły Pan Literat oświadczył, że przyjdzie w to miejsce jutro … z butelką wina. Zapytałem asekuracyjnie: truskawkowego? Ono jest w „naszym” sklepie. Mam go już dość. On odpowiedział ze bezpretensjonalną godnością: wypijemy Chateauneuf du Pape rocznik 2000. Tak, to był ciepły rok. Świetnie! Będzie okazja zaprosić Księdza Proboszcza. Dlaczego? To wino papieskie!

Na miękkich nogach udałem się do biblioteki. Nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać po pomnikowych Dociekaniach filozoficznych Ludwiga Wittgensteina. Szybko okazało się, że coś proponuje tym razem Ksiądz Proboszcz. Wiara filozoficzna wobec objawienia. Karl Jaspers. Mocny tytuł. Doskonała propozycja. Mamy zatem egzystencjalizm, ale trochę innej proweniencji niż ten od Sartre. Jest kontekst psychiatrii, psychologii. Wszak wiemy, że Jaspers był wziętym i regularnym psychiatrą.

Czytaliśmy tę książkę na lekcjach religii. Siostra Izydora lubiła pewne fragmenty, innych nie znosiła. Ale chciała, pobudzić w nas krytyczne myślenie, umiejętność dostrzeżenia w tekście diamentów i próchna. Kolega Maciek zachwycił się problematyką winy moralnej Niemców po nazizmie. To doskonale wyłożył Niemiec – Karl Jaspers. Maciek czytał namiętnie Jaspersa na przemian z oglądaniem seriali Czterech pancernych i Stawki z Hansem Klosem. Twierdził, że wydobywa znacznie więcej treści z tych seriali.

Trzeba Jaspersa polecić do czytania Panu Posłowi. Posiłkując się nim lepiej uzasadniłby konieczność wypłacenia Polsce reparacji wojennych. Ale, co ja piszę! Pan Poseł na pewno to czytał, analizował na seminariach prawnych Wydziału Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Czy można zrozumieć kodeks karny bez zrozumienia pojęcia winy?

Idę czytać Wiarę filozoficzną na ulicę Ducha. Już na początku lektury pojawia się problematyka Egzystencji. Tę Jaspers definiuje zaskakująco. Nie jest to biologiczny byt. Nie jest to myśląca świadomość Uważa wreszcie, że istoty egzystencji nie można zdefiniować. Porównuje ją do duszy. Idzie dalej i twierdzi, że ona jest bliska Transcendencji. Używa nawet słowa „skok”. Egzystencja to skok w transcendencje. Prawda, że ciekawa koncepcja?

Egzystencja człowieka nie jest także konkretnym byciem. To możliwość bycia! To zaskakujące. Jaspers pisze tak: egzystencja jest osobą, która odnosi się do samej siebie, w akcie tym czując się odniesiona do mocy, która ją ustanowiła. Zawile. Chodzi o słowo „moc”, to właśnie transcendencja, a tam gdzieś jest już … Dobry Bóg. Mamy zatem możliwość „odniesienia się” do mocy. Z tej możliwości można skorzystać, albo nie skorzystać.

Egzystencja wedle Jaspersa jest ściśle związana z Wolnością, z wyborem, którego dokonuje człowiek. To oczywiste zapożyczenie od Kierkegaarda. Ten pisał o „wyborze wybierania”. Jaspers pisze w Wierze: w wolności odnajduję drogę wiodącą przez świat i mnie samego ku transcendencji. Czyli dzięki wolności można odnaleźć drogę od świata, przez siebie do transcendencji. Boga? Tak.

Wolność przejawia się czynem! To ogłosił Karl Jaspers. Ta konstatacja może przypaść do gustu Panu Prezydentowi. On czynem „udowodnił, że się da”. „Ofensywa inwestycyjna” dzieje się na naszych oczach. Pan Prezydent „w promocji” pozyskuje także wolność. My Sądeczanie razem z nim również pozyskujemy tę wolność.

No dobrze, rozpędźmy się, a nawet nieco przesadźmy. (Chodzi o przesadę, a nie o przesadzanie.) Dzięki temu czynowi, sądeckiemu budowaniu idziemy w kierunku transcendencji. Zbliżamy się do Boga. To wiele wyjaśnia. Chodzi o sądecki sojusz tronu z ołtarzem, Pana Prezydenta i Księdza Proboszcza. Filozofia Jaspersa jest elastyczna i możemy ją ekstrapolować na nasze sądeckie sprawy. I nikomu nie wolno się z tego śmiać. Tak śpiewali kiedyś.

Wiara filozoficzna jest wiarą człowieka w swoje możliwości. W nich oddycha jego wolność. To mogłoby być motto książki Wiara filozoficzna wobec objawienia. Ją to czytałem obok bazyliki. To dodatkowo podbijało znaczenie tych słów. Ciarki peregrynowały od szyi do kości ogonowej. Nie, nie kończyło się to trywialnym pierdnięciem, a ciepłym westchnieniem.

Karl Jaspers prezentuje także pojęcie – winy. Czyni to całkiem zgrabnie. Otóż, posiadając wolność – wybieramy. Gdy nie wybieramy, to także wybieramy – źle wybieramy. Wtedy pojawia się właśnie wina. Ona leży u podstaw każdej egzystencji. Jest jakby winą pierwotną. Nie należy tego mylić z grzechem pierworodnym. Ten przychodzi z zewnątrz, a wina Jaspersa zależy od nas. To bardziej sprawiedliwe. Święty Augustyn zamieszał tym grzechem pierworodnym. Atrakcyjniejsza intelektualnie zdaje się być „wina” Karla Jaspersa.

Wolność Jaspersa jest sprawcza, ale niestety nie wyprowadzi nas z konieczności śmierci. Egzystencja jednak nie jest czasowa. Nie jest także bezczasowa. Egzystencja to synteza czasowości i bezczasowości. To taka jedność: Bytu fizycznego i egzystencji. Konieczności i wolności. Czasu i wieczności. Brzmi to efektownie. Można czepiać, że definiowana kategoria znajduje się w elementach samej definicji, ale nie czepiam się. To brzmi tak dostojnie.

I dochodzimy do bardzo ciekawej części wywodu Wiary. Egzystencja według Jaspersa znajduje się w określonej sytuacji. One mogą być typowe albo jednorazowe. Ale są jeszcze sytuacje szczególne. Jaspers nawał je: sytuacjami granicznymi. To są: cierpienie, śmierć, ale i walka i wina. Człowiek jest wobec nich sam, w samotności. Musi je przeżyć samodzielnie. Nie może ich nauczyć się poprzez opowiadanie. Nie jest to przedmiot wiedzy.

Sytuacje graniczne są niestety nieuniknione. No i tutaj Jaspers kluczy. Twierdzi, że dzięki tym sytuacjom granicznym coś tworzy się w ludzkiej egzystencji. W tych sytuacjach człowiek jest samym sobą, jest prawdziwy. Czyli jest w tym jakiś sens. To dość kontrowersyjne. Bo jaki sens może mieć cierpienie? Ale są takie tendencje w religiach, aby cierpieniu nadawać jakiś sens właśnie. Ten wątek Jaspersa może także przypaść do gustu Księdzu Proboszczowi. Siostra Izydora to nam podkreślała właśnie, że to dobre jest.

Jestem przy końcu Wiary. Padają mocne sentencje. Egzystencja jest możliwa dzięki transcendencji. Jest wreszcie sam Dobry Bóg wedle Jaspersa. Do zrozumienia trzeba wyjść od doświadczania – granicy. Transcendencja dotyka człowieka i człowiek dotyka transcendencji. Tutaj tworzy się ta granica. Ona jest multilateralna. To moje określenie. Zaczerpnąłem je z języka dyplomacji. Mówi się wszak o stosunkach multilateralnych.

Każde pytanie, tworzy kolejne pytanie. Każda granica odsłania kolejne granice. Świat nie oferuje oparcia. Trzeba jednak zdążać do – pewności. No i pada jednoznaczne stwierdzenie: źródłem tej pewności jest Bóg. Można go jedynie doświadczać. Nie można zrozumieć, oznaczyć Boga. Podobnie twierdzili dialogicy. Egzystencjaliści i dialogicy czerpali od siebie nawzajem garściami.

No i teraz zaczynają się takie wątki Wiary, które nie będą podobać się Księdzu Proboszczowi. Nie podobały się Siostrze Izydorze. Transcendencja – Bóg – nie jest ani podmiotowy ani przedmiotowy. Nie ma Pana Boga z długą, siwą brodą. Nie jest osobowy. A dogmat Kościoła mówi o Bogu w trzech osobach.

Czym zatem jest Bóg? Nie wiadomo, to po pierwsze. Można szukać zrozumienia Transcendencji i Boga w języku mitów i symboli. To wszystko nazwał Jaspers – Szyframi Transcendencji. To nawet ładna, poetycka nazwa.

Zadaniem filozofii jest wyjaśnianie tych szyfrów. Metafizyka to zmaganie się ze szyfrem. To pismo szyfrów. Nie ma jednak rozwiązania. Człowieka czeka porażka przy tym rozwiązywaniu szyfrów. Trzeba to jednak robić – czytać te szyfry. Takie jest powołanie egzystencji człowieka, aby dążyć do Pewności. Dążyć tym samym do Transcendencji, do Boga.

Filozoficzna wiara, co do istnienia Boga posiada kilka motywów. Najlepsze jednak jest jednak odczytywanie szyfrów. Nie można uzyskać pewności. Wiary nie dowodzą żadne fakty ani argumenty. Nie ma dowodów na istnienie Boga.

No i teraz mamy kampanię wyborczą. Kontrkandydaci usiłują, bezskutecznie na razie, złamać szyfry Pana Prezydenta. Nie przychodzi im do głowy, że Pan Prezydent nie posiada szyfrów. Pan Literat zacytowałby: Niechaj więc mowa wasza będzie: tak – tak, nie – nie, bo co ponadto jest, to jest od złego Rozpoznajemy od razu cytat z Mateusza (5:36–37).

Składnikiem filozoficznej wiary jest obiektywna niepewność. Wiara w Boga jest ryzykiem. Tak, to twierdzi Jaspers. Spokojnie. Wyjaśnię to. Wiara wyklucza pewność. Gdy jest pewność wiara jest niepotrzebna. Zatem pomiędzy pewnością a wiarą jest pewna różnica, jakby luka, szczelina. To jest właśnie owo ryzyko. Można to zapisać sztubacko matematycznie: P = W + R. To oczywiście mój wzór, a nie Karla Jaspersa z książki Wiara filozoficzna wobec objawienia.

Jaspers kwestionuje idee tradycyjnie rozumianej wiary religijnej. Uważa, że wiara oparta na objawieniu i instytucjach strzegących depozytu objawienia wymaga, wymusza posłuszeństwo. I dlatego wyklucza wolność.

Gdy to się czytało na lekcjach religii, to Siostra Izydora chrząkała z niezadowoleniem. Ksiądz Proboszcz także będzie doszczętnie potępiał ten fragment wywodu Jaspersa. Przecież tutaj chodzi o Kościół, który wymusza i posiada monopol na formułę objawienia. Kastruje także Wolność, która prowadzi do Boga. Karl Jaspers dodałby: prawdziwego, a na pewno prawdziwszego.

No i co teraz robić? Po przeczytaniu tych słów o instytucji Kościoła oblały mnie poty, przeszły znowu ciarki. Postanowiłem natychmiast uciekać z ulicy Ducha. Poczułem się jakoś winny, że to czytam, że tutaj siedzę, stoję, chodzę. Udałem się wprost do „mojego” sklepu. Zapragnąłem mocno wina truskawkowego. A jego smak będzie mi pokutą.

PS

Czytajmy mądre książki

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj