Strona główna Twoje miasto Kampania społeczna

Kampania społeczna „Przeciw sądeckim defektom” [6]. Szlachcic na zagrodzie… czyli sądeckie parkowanie na dziko

kampania społeczna

Wiele było już mowy w naszym cyklu o defektach powodowanych przez różnego rodzaju decydentów i ich dziwne pomysły lub wręcz przeciwnie, całkowity brak dobrych pomysłów. To były najczęściej defekty „wycelowane” wprost w mieszkańców. Ale mamy przecież szereg defektów, które sami na siebie sprowadzamy. Obywatelska postawa to nie tylko lokalne podatki i chodzenie na wybory. Jest jakaś mroczna strona w nas, która mimo deklarowanej otwartości na bliźniego, daje o sobie znać w chwilach, gdy wydaje się nam, że możemy więcej niż nasz sąsiad.

O co chodzi? Po raz kolejny powraca temat parkowania, ale tym razem pora uderzyć się we własne piersi i spojrzeć na rozjeżdżone osiedlowe trawniki na terenach spółdzielni mieszkaniowych, np. przy ul. I Brygady czy na Millenium.

Zbliża się decydujące uderzenie jesieni, pora deszczów i błota, kiedy nasączona wodą ziemia nie jest w stanie unieść samochodów parkujących poza utwardzonymi parkingami. Tymczasem, z którego okna na osiedlowym blokowisku nie spojrzeć, zawsze gdzieś widać jakieś szare clio, albo białą toyotę, parkujące na trawnikach pomiędzy blokami, ewentualnie rozjeżdżające osiedlowe ścieżki w drodze do zielonego prywatnego parkingu pod własnym lokum.

Reklama

Wydawało by się, że nic prostszego, wystarczy zawiadomić odpowiednie służby, straż miejską lub policję i problem zniknie. Optymistom polecamy kiedyś spróbować i poczekać na efekt. Teoretycznie prawo nie pozostawia tutaj zbyt wiele miejsca na interpretacje. Zgodnie z kodeksem wykroczeń za taki czyn grozi grzywna, nawet 1000 zł wg art. 144. Sankcję może nałożyć policja, ale także straż miejska w podobnym trybie. Niestety szansa na rzeczywistą interwencję jest znikoma. Służby odsyłają wzajemnie do siebie albo do administracji poszczególnych spółdzielni, a administracja osiedla twierdzi, że nie ma odpowiednich narzędzi i podstawy prawnej. I tak się kręci ten kołowrotek niemocy. Decyduje tutaj jeden niuans – czy teren jest miejski, czy osiedlowy, czy otwarty, czy zamknięty. Tyle pytań, a odpowiedzi i tak nikogo nie interesują.

Niestety, niesforni kierowcy szybko się uczą, że prawdziwa kara ich nie dosięgnie. Narażają się jedynie na kąśliwe uwagi sąsiadów albo zjadliwą kartkę za wycieraczką od czasu do czasu. Odrobina asertywnej pewności siebie i propozycja szybkiego obicia twarzy zgłaszającemu wątpliwości najczęściej kończy sprawę.

Jak można z tym walczyć? Jedni zwożą kamienie i rozkładają je przy krawężnikach pod swoim oknem, inni taśmują jak miejsce zbrodni w telewizyjnym kryminale, wkopują białoczerwone słupki własnej roboty. To wszystko jednak jest na nic, gdyż ten defekt tkwi w nas. Żaden obywatelski budżet, ani dodatkowe 10 parkingowych miejsc na osiedlu nie zmieni tego stanu rzeczy. Poszukiwacze wygody i najkrótszej drogi od auta do drzwi własnej klatki schodowej łączcie się. Być może to jakiś rodzaj zemsty za brak miejsc parkingowych pod urzędami? Może chęć zwrócenia uwagi Ratusza na problem miejskich korków? Nie, to raczej poczucie wyższości i przekonanie, że inni są mniej ważni. Myślenie kategoriami tatarskiego najazdu i bezrefleksyjnego zagarniania dla siebie tego, co akurat potrzebne.

Czy to jakiś wyjątkowy sądecki patent? Raczej ogólnonarodowy sposób myślenia. Tutaj w przeciwieństwie do problemów ze wspólnym użytkowaniem ścieżek rowerowych i rekreacyjnych, opisywanym już w naszym cyklu, nie potrzeba przesadnej edukacji, bo tu nie ma skomplikowanych przepisów i niuansowania zasad. Tu wystarczy dobry obyczaj i odrobina szacunku do wspólnej własności.

Przykład parkowania pod znakiem zakazu w Nowym Sączu
Przykład parkowania pod znakiem zakazu w Nowym Sączu
(kampania społeczna)
Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj