Strona główna Wczoraj i dziś

Obrazki z rabacji galicyjskiej na Sądecczyźnie

Rabacja chłopska 1846. Obraz Jana Lorenowicza - Obrazki z rabacji galicyjskiej na Sądecczyźnie
Rabacja chłopska 1846. Obraz pędzla Jana Lorentowicza (1851). Muzeum Dwór w Dołędze. Pesell, CC BY-SA 4.0 https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0, via Wikimedia Commons

W 1846 r. Sądecczyzna została dotkliwie poruszona rzezią galicyjską. W tym roku minęło 180 lat od tych tragicznych wydarzeń. W obliczu planowanego powstania narodowowyzwoleńczego Austriacy napuścili na dworki rozwścieczonych chłopów, którzy bezkarnie mogli wymierzać sprawiedliwość swoim Panom. W ten sposób ziemianie, zamiast myśleć o walce z zaborcami, musieli sami się ratować.

Oceny rabacji galicyjskiej są bardzo zróżnicowane – oczywiście, wszyscy się zgadzają co do tego, że było to wydarzenie brutalne. Jednak po czyjej stronie stała wina w tak krwawych rozstrzygnięciach? Z jednej strony była to wina chłopów, którzy bezkarnie i chyba najbrutalniej w historii rozprawiali się z właścicielami dworów. Z drugiej strony była to też wina samych właścicieli majątków, którzy od wieków gnębili ludność chłopską pańszczyzną i innymi obciążeniami. Stąd rabacja przeciwstawiła się także przeciwko niektórym duchownym.

I był trzeci winowajca – Austriacy, którzy dopuścili do przelewania bratniej krwi. Fakty są jednak takie, że zginęło od 1-2 tys. ludzi, a statystyka ta jest ciężko policzalna. Ponadto w kolejnych latach nikt już chłopom nie ufał. Przyjrzyjmy się jak to wyglądało w kilku miejscach na Sądecczyźnie.

Jasienna

Północ już była minęła, gdy nas obudziło przybycie sześciu uzbrojonych włościan pod okna mieszkania p. Lissowskiego (…). Przerażeni ich przybyciem uklękliśmy z p. Lissowskim, a zmówiwszy gorącą modlitwę, zapytalim przez okno przybyłych o cel takich odwiedzin. Odpowiedzieli nam, że złapali jakiegoś pana do sąsiedniego folwarku uciekającego, który się za komisarza cyrkularnego wydaje, lecz oni o tym wątpią. Dlatego jego w karczmie zatrzymali a z kartką tu przyszli jako do dominium prawdy się dowiedzieć. Na przyniesionej kartce napisane było, że sekretarz cyrkularny p. Nittribit tu jest; zapewnił więc p. Lissowski chłopom, że ten pan jest z cyrkułu. „Więc mu damy pokój” odpowiedzieli. Dalej pytani przez nas o przyczynę trawienia nocy bezsennie odpowiedzieli, że dostali od wójta z Bruśnika rozkaz, by byli uzbrojeni i gotowi, bo za przybyciem ich rabować dwory i panów zabijać będą (…)

Gdy dnieć zaczęło (22 lutego 1846), udałem się na ów folwark, gdzie p. sekretarz był, przywiozłem go z sobą do państwa Lissowskich, a ten powiedział nam, że tu niebezpieczni jesteśmy, co sami jasno widzieliśmy. Razem z nim tedy zabrawszy żonę i dzieci do Sącza pojechałem. P. Lissowski zaś ufny w łaskę Boga pozostał w swym domu, a p. Stanisław Zdzieński niespokojny, ażeby podczas niebytności jego z matką co się nie stało, powrócił do domu zaniechawszy podróży do dziada swego zamierzonej. Wpadł w ręce bandy i najokropniej zamordowany został (…) P. Jana Kantego Lissowskiego zaś, u którego ja, jak wyżej wspomniano, ukrywałem się, poraniono najokropniej, iż osiem tygodni w szpitalu wojskowym bez nadziei życia leżał i dotąd chodzić nie może. Gdy go bić zaczęli, trzy córeczki jego, panienki od 13 do 17 lat mające, przyległy go, błagając o darowanie życia ich ojcu, zostały bezlitościwie za włosy odwleczone i pobite. Widziałem nieszczęśliwego dnia 25 lutego r. b, gdy do Sącza przybyłem, jak go na płachcie do szpitala niesiono, widziałem obok niego idące poranione córeczki, w wiejskie przyodziane szaty.

(Gojski Nikodem, Opisanie niektórych zdarzeń podczas powstania chłopów w miesiącu lutym 1846 r. w obwodzie sądeckim zaszłych, „Rocznik Sądecki”, t. IV: 1960).

Tęgoborze

Po uczynionym rabunku na dworze przyszło około 300 chłopów do podpisanego na plebanię i to właśni parafianie, z kosami, widłami, siekierami, a widząc to wyszedłem na ganek przeciwko nim, a widząc ich tak rozjudzonych, pytałem się po co przyszli, gdy mi żaden nie odpowiedział, tylko po sobie spoglądali, a widząc, co już indziej uczynili i poznawszy ich zamiar, przemówiłem do tychże treściowo w religijnym sposobie, róbcie co się wam podoba, ale wznieście oczy swoje ku niebu, że Pan Bóg patrzy na was, potłuczcie wszystko, zrabujcie, mnie możecie zamordować, ale w czasie swoim ciężki rachunek Panu Bogu z tego zdać musicie itp., to ich wzruszyło, dopiero zaczęli czapki i kapelusze z głowy zdejmować i powoli porozchodzili się.

Drugiego dnia z rana podobna chmara nowa się zgromadziła na plebanię, a odezwawszy się znowu do nich słowami religijnymi, wystąpił jeden z pomiędzy nich i oświadczył w imieniu wszystkich, że najmniejszej, szkody nie zrobią, a jeżeli by mi któren krzywdę wyrządził, iż go sami surowo ukarzą, ale że rewizję przedsięwziąć muszą, więc na to pozwoliłem; a wszędzie najostrzejszą rewizję przedsięwzięli, nawet w kościele, ale do tegoż nie wszyscy weszli, jedynie sześciu i tamże wszedłszy popatrzyli się i zaraz na powrót wyszli. Pytając się tychże, czego by szukali, lecz na to żaden nic nie odpowiedział. Słowem nic sprawiedliwego, nic świętego dla nich nie było, a dni ostatniego lutego były tak dla winnych jako niewinnych dniami ostatniego sądu.

Wszelkie prawa tak świeckie jako i duchowne zgwałcone były, złość ludzka zamieniona została w rozjadłość krwiożerczego tygrysa, jak mówię, zgwałcone prawa ludzkości, bo rabowano bez najmniejszego względu czyli winny czy niewinny, zdeptano prawa Boskie nogami, bo do kościoła parafialnego na Podolu, o 1,5 mili na wschód leżącego, ci złoczyńcy nie tylko w czapkach i kapeluszach weszli, ale nawet jeden i na koniu do tegoż wjechał. (relacja ks. proboszcza Antoniego Wieczorka (Rocznik Sądecki, t. XIII).

Łukasz Połomski

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj