Z cyklu(6): Pucu! pucu! chlastu! chlastu! (mk); motto: Bez poczucia humoru nie czytaj – szkoda oczu!
A kuku w bambuku!
W mądrości wielki Panie Redaktorze!
Piszę do zacnego Pana Redaktora na Berdyczów. Dla mnie jest Pan postacią na wskroś mistyczną, nieosiągalną, wręcz eteryczną. Mimo braku osobistej znajomości, przecież ma Pan olbrzymi wpływ na moje życie – szczególnie umysłowe, że o decyzjach nie wspomnę. Pańska sugestia, delikatna jak muśniecie skrzydła motyla, została natychmiast wykonana.
Z gorliwością neofity dałem nura w gąszcz lokalnych publikatorów działających w Pana ulubionym mieście NS. Jest dziełem absolutnego przypadku, że moją uwagę najbardziej przykuły felietony, ale nie tylko.
Jeżeli mam złożyć raport, a mam, to informuję, że kawał czasu zajęło mi przeczytanie kilkunastu różnych tekstów. Daleki jestem od oceny i recenzowania − przyznaję: nie cierpiałem, a nawet odczuwałem coś na kształt zainteresowania. O wyjątkach nie wspominam; nie były istotne.
Spodziewałem się, i to się potwierdziło, że tematy będą różnorodne; od braku wody (a inne płyny nie wystarczą?), przez śmierć starówki (kiedy i gdzie pogrzeb?), po zapowiedź wydarzenia artystycznego w postaci wydania nowego CD (tu nie zrozumiałem, czy autor chwalił, czy ganił, a może jeszcze coś innego). Osobiste poglądy felietonistów, na różne fragmenty rzeczywistości, były czytelne. Jak zwykle z częścią można się było zgodzić, a z częścią nie. Szczęśliwie przebrnąłem i ten etap – dałem radę. Forma (kształt) wszystkich językowych konstrukcji była zbliżona, czyli bez zaskoczeń.
Aliści nieco „ździwko mnie chapło” (zasłyszane!). W swojej różnorodności wszystkie pisane produkcje dotyczyły jednego: królewskiego miasta NS i najbliższej okolicy.
W tym momencie reakcja Pana Redaktora (prawdopodobnie) będzie wyrażała zdziwienie typu: o co pismakowi chodzi?
Wykazuję i objaśniam. Najpierw mapa − pooglądałem; nic się nie zmieniło. NS jak leżał, tak leży w Polsce! Jestem tego pewny (od zawsze) i takiego poglądu będę bronił – jak lew. Chodzi więc o to, że w tych przeczytanych przeze mnie tekstach, sprawy miasta są szeroko prezentowane − i to znakomicie, ale spraw krajowych nie ma; to źle. Wyłonił się taki obraz: sądeczanin i sądeczanka, do których treści są adresowane, zanurzają się po uszy w zdarzeniach i problemach swojego miasta; też najbliższej okolicy. Interesuje ich (według piszących) tylko to, co bliskie, miejscowe. Dominacja lokalnego patriotyzmu − wszechobecna.
Taka postawa nie jest niczym złym, ba!, jest czymś chwalebnym, ale stąd już blisko do… zaścianka i prowincji. Żeby było jasne – nie myślę o czytelnikach (ogólnie i każdym z osobna). Ci przecież żyją − tak sądzę – i tym co w kraju, i tym co w mieście (okolicy). Chodzi mi o zawartość publikatorów (portale, prasa). Zapewne panuje tam, czyli w redakcjach, takie przekonanie, iż tylko treści lokalne mogą zbudować popularność, co przekłada się na wielość reklamodawców, a to powiązane jest, oczywiście, z finansami; i tak to się kręci. „Konia z rzędem” temu, kto znajdzie tekst o głosowaniu w Sejmie lub Senacie. Co najwyżej pojawi się mała wzmianka o postawie lokalnego posła (senatora). A opis premiery w Operze Narodowej? Kogo to tutaj obchodzi − miejscowego sponsora na pewno nie. Może sport się ciut wyłamuje, ale z naciskiem na „ciut”.
Istnieje jednak możliwość, że to czytelnicy oczekują od piszących właśnie takich treści. Wtedy cały układ staje się prowincjonalny i trudno to nawet zauważyć, bo pozytywne znaczenie pojęcia „patriotyzm lokalny” idealnie go przykrywa, maskuje.
Jeszcze raz: nie ma nic złego w „lokalności”. Bywa, że jest to postawa godna pochwały, ale nie powinna ona wykluczać tego, co poza nią. Chodzi o odwagę w działaniu, administrowaniu, o przełamywanie myślowych schematów, o stawianie ambitnych celów, wykraczających poza to, co „tu i teraz”, a co stanowi, lepszą lub gorszą, codzienność lokalnej, z racji zamieszkania, społeczności.
Niestety – jak pouczają wskazane przez nieocenionego Pana Redaktora przypadki, zaściankowa prowincjonalność (twór językowy iście szatański) snuje się po ulicach, łąkach, zagonach i urzędach, a nade wszystko istnieje w myśleniu.
Ustalmy: jeżeli pretensje, to do władzy miejskiej oraz do tych, którzy kształtują lokalną opinię, czyli coś, co można nazwać oczekiwaniami ogółu.
Władza: ta ma prostować chodniki, wylewać asfalt i świecić na drogach latarniami – to oczywiste. Jednakże, a może nade wszystko, musi jasno odpowiedzieć na pytanie: czym ma być to miasto – miasto NS! Może rozpętać się dyskusja, może powstać (o zgrozo!) różnica zdań, może się zdarzyć to i tamto z katastrofą intelektualną włącznie, ale pytanie i próba odpowiedzi muszą paść, bo tylko wtedy „zapanuje jasność”.
Publikatory (tak zwane): siedem razy w tygodniu powinny zadawać to pytanie władzy, ale też mieszkańcom, bo jednak to od nich nieco więcej zależy, chociaż mogą o tym nie wiedzieć.
Dopiero po zaistnieniu tego co powyżej, nadzwyczaj szanowany Pan Redaktor znajdzie odpowiedź: czy tu i teraz owa zaściankowość, pod rękę z prowincjonalizmem, to geografia, położenie i lokalne przywiązanie, czy dominujące myślenie – bo cała reszta z niego wynika. Może zaboleć.
Nieźle się żyje w dobrze urządzonym mieście; do tego trzeba dążyć. Jednak to za mało; potrzeba czegoś więcej. Jeżeli się tego „czegoś więcej” nie znajdzie to mieszkańców będzie coraz mniej (to już się w NS podobno dzieje!), a królewskie niegdyś miasto stanie się prowincjonalną, niewielką, zaściankową osadą. Wyczytałem, że to może być wielkość Piwnicznej (byłem tam i podobało mi się).
Czy jest jakieś wyjście, jakiś ratunek? Paru ludzi „z głową na karku” (biznes!) już się z problemem zmierzyło. I proszę – ich firmy nie są ani prowincjonalne, ani zaściankowe, a są tu… i tu się rozwijają. Ciekawe… może się jednak da?
No i sprowokował mnie, nadzwyczaj łagodny w swojej cierpliwości, Pan Redaktor! Tym razem poszło „na poważnie” i na „za długo”. Rezultat? Nic się nie rozwiązało, raczej wszystko zapętliło. Przyrzekam: jeszcze do tego wrócę − jak Pan Redaktor pozwoli. Na razie, żeby zatrzeć niemiłe wrażenie, posłużę się nieprzyzwoicie niepoważnym tytułem: „a kuku w bambuku”. Nie ma on nic wspólnego z treścią i jest tak głupi, że może spowoduje, iż całość przejdzie niezauważona – stąd też początkowy Berdyczów.
Serdecznie pognębiony własną niedoskonałością: Ja – Adalbert Necma
PS
Przy okazji wyczytałem, że miasto r o z w a ż a zainstalowanie drugiego, miejskiego szaletu. Ma być samoobsługowy?! Możliwe, że władza robi to pod lokalną społeczność, a ta wymuszając to i tamto robi pod władzę. W każdym razie jest, lub ma być, sukces!





