Z cyklu(18): Pucu! pucu! chlastu! chlastu! (mk); motto: Bez poczucia humoru nie czytaj – szkoda oczu!
Baśń, czyli jaźń? Trudnych słów się nie boimy.
Realistycznie obliczalny Szanowny Panie Redaktorze!
Chcecie bajki? Oto bajka: była sobie …
W pewnej wiosce pod górami – ani za dużej, ani za małej, takiej w sam raz – mieszkał smok. Nie był szczytem elegancji, ani wzorem piękności. Powiedzmy otwarcie – był brzydki. Miał jednak w sobie to coś, co go wyróżniało. Ten osobnik był niewielki. Wszystkie jego gabaryty mieściły się normach smoczych, ale na poziomie niższym niżby się jego rodakom należało. Smok (może smoczek?) po prostu, był inny, chociaż wokół niego toczyło się zwyczajne, baśniowe życie. Jakie?
Czerwony Kapturek codziennie szedł do Babci z plecionym koszyczkiem, w którym znajdowało się zdrowotne wino. Babcia, która zawsze leżała we własnej pościeli, wypijała flaszeczkę (czasem dwie) i odpływała łagodnie w krainę snów – czasami coś cicho bełkocząc.
Wilk codziennie czatował na Kapturka w celu przeprowadzenia wywiadowczej, może prewencyjnej, może ostrzegawczej rozmowy. Treść tych spotkań nie została ujawniona, ale skrzętnie zarchiwizowana – dla potomności oczywiście.
Leśniczy, stojący z boku, przyglądał się ogółowi, przeprowadzając od czasu do czasu ćwiczenia w strzelaniu z dwururki typu „pif-paf”. W soboty i inne nakazane święta uczęszczał na wieczorowe kursy w celu podniesienia wiedzy o anatomii osobniczej. Tam też doskonalił technikę cięć chirurgicznych: w górę, w dół, czasami w poprzek, a nawet odwrotnie. W ramach pracy dyplomowej uprawiał ręczne szycie katgutem i nie tylko (trudnych słów się nie boimy).
Sednem baśni jest akcja, czyli dzianie się. Wszystkie wymienione postaci zostały w nią wmontowane. Kapturek szedł do Babci, zatrzymywał ją Wilk. Wypytywał o rodzinne kontakty i podstępnie sugerował zbieranie kwiatków. Dzięki inwigilacji, funkcyjny Wilk, wyprzedzał naiwne dziewczę i zakradał się do chatki. Po krótkiej, nic nie znaczącej rozmowie, zjadał Babcię (mniam, mniam!). Z pełnym brzuchem kładł się do łóżka i z narastającą sennością oczekiwał na czerwoną donosicielkę – oczywiście zdrowotnego wina. Po wejściu Kapturka, przeprowadzał sprawdzającą rozmowę, i z apetytem ją też konsumował. Z pełnym brzuchem i poczuciem dobrze wykonanej pracy, zasypiał wydając chrapanie. Dzięki temu przypadkowo przechodzący Leśniczy „wtargnywał” (nowych słów się nie boimy) bez nakazu sądowego, do chatki i po ogarnięciu całej sytuacji rozcinał powłoki brzuszne aparatczykowi Wilkowi, uwalniając Babcię i Czerwonego Kapturka. Wśród radosnych okrzyków pozytywny bohater wypychał, śpiącego nadal Wilka, kamieniami. Po przebudzeniu wspomniany „żerca” (nowych słów się nie boimy) nie mógł uciekać i w rezultacie padał martwy nieodwołalnie. Czasami pojawiała się modyfikacja, w której Leśniczy nie dokonywał wypychania tylko używał swojego „pif-paf” – końcowy rezultat był taki sam.
Przedstawiony ciąg wydarzeń odbywał się schematycznie – jeden raz na dobę. Po pewnym czasie nudą zaciągało z każdej strony, chociaż na zapleczu toczyły się spory.
A co smok robił w tym baśniowym świecie? On starał się być i pożyteczny, i użyteczny razem w jedno wzięty. Nie łykał baranów, chociaż koło niego kręciło się wielu. Starał się im coś tłumaczyć – bez skutku. Wszystko jak kamień w wełnę baranią. Nie zjadał dziewic, bo od dawna takowych w okolicy nie było. Nawet się nie ożenił, bo podczas czynienia dobra zabrakło mu czasu. Najtrudniejsza sprawa była ze smoczym „zionięciem”, ale i tutaj znalazło się rozwiązanie. Smoczy „war” i ogień połączono z systemem grzewczym baśniowej krainy. Ekologiczne paliwo ogrzewało wszystkie kaloryfery pól i lasów, z domostwami włącznie. W ten sposób „eksterior” (trudnych słów się nie boimy) rósł w siłę, a lud się bogacił. Logicznym więc było, że to Smokowi rząd dusz powierzono i dobro rządem się stało.
Kłopoty też się zdarzały. Otóż przez środek płynęła rzeczka o nazwie Kamienica, a czasami Dunajec. Ten obszar objęty był kryptonimem NS bez dodatkowego numeru, chociaż na mapach był rejestrowany. Przez rzeczkę, po mostach, przemieszczała się kolej szynowa przewożąca „wte i wewte”. Po pewnym czasie mosty szlag trafił i wymagały remontu, a nawet ich rozebrania i wybudowania od nowa. Utrudnienia w ruchu kołowym podzieliły osobniczych koalicjantów. Na ten temat powstała nawet lokalna i amatorska (robotnicza w treści!) sztuka teatralna pod tytułem „Budować czy nie”, z częścią drugą „O jakiej porze?”. Została wystawiona w ramach Jesieni co to jest z kulturą, bo inne pory roku działają bez. Do dnia dzisiejszego dylemat nie został rozwiązany i trwa lokalnie – razem z amatorami w teatrze, podszywającymi się pod zawodowstwo. I dobrze – niech trwa. Takie kłopoty „interioru” (trudnych słów się nie boimy) też się przytrafiały i przez stronnictwo Baby Jagi były podnoszone.
Od pewnego czasu pojawiały się głosy, że trzeba coś zmienić, że tak dalej być nie może. Sugerowano, że idzie integracja (trudnych słów się nie boimy) i że sąsiednie krainy łączą się w szlachetny „Bajkoland” o jednakowym wzorze. Szczególną aktywność przejawiały sąsiednie Krasnale, które obrabiają Śpiącą Królewnę i na Czerwonego Kapturka ochotę mają. Granicząca Królowa Śniegu zasugerowała, że zamrozi serducho Leśniczego , żeby mu przy cięciu ręka nie zadrżała (przy „pif-paf” też). Na dodatek powstał oddolny ruch miejscowy, że on i ona (bez nazwisk) chcą różnie, ale im się zabrania. Czerwony Kapturek chce być Dziewczynką z zapałkami – chodzi o handel wolnorynkowy. Leśniczy marzy o tym, żeby być Batmanem (czytaj „Netoperek”) i ratować świat. Teraz nie może, bo go dyktatura krajowa tylko do miejscowego lasu dopuszcza. Z Babcią największy zrobił się „ambaras” (trudnych słów się nie boimy). W formie strajkowej odmówiła przyswajania zdrowotnego wina i zażądała bezpłatnego dostępu do narkotyków – przez dwanaście tygodni włącznie. To się rozlało po całej krainie i wiele babć leżących wyszło na ulice maszerując i stojąc. Wszystko, to co na zewnątrz i wewnątrz, w sposób szczególny uderzyło w Smoka. Jak on może być mały! Chcemy smoka dużego, jak nie to go nadmuchamy! Niech się nie wygłupia z tymi dziewicami! Niech zjada co mu dają w zjednoczonym gaju! Niech już nas nie ogrzewa swoim chuchem zmętym! Niech zieje ogniem smoczym – niech wszyscy zobaczą jaki ten Smok wstrętny!
I jak zapowiedzieli tak też i wybrali. Smok – do klatki. Kapturek – z zapałkami. Babcia – hoża narkomanka. Leśniczy to już Batmo-Netoperek. Wilk – Lord Vader? Litości! Nagle przystanęli. Przy ognisku usiedli, jakby posmutnieli. Nie… to niemożliwe – myśmy starą baśnią, z nowymi treściami. Myśmy ot, tak sobie – Smok niech dalej grzeje…
Tutaj wiatr się zerwał, zagrała fujarka: kto inny wlazł na scenę, kto inny już zagra – nawet jak nie chcieliście – to już inna bajka! Dobranoc Państwu.
Ja – Adalbert Necma
Ps.
Doszły mnie słuchy, że używam trudnych słów i one zniechęcają czytelników. Podobno trzeba prosto i „w mordę”. To jest tak zwana linia najlepszych felietonistów. No to ja zachęcam: trudnych słów się nie bójmy! Niech słowo to, co słowo znaczy – a nie połajanki.





