Strona główna Twoje miasto

Ja – Adalbert Necma: jak zachować się na wernisażu

Z cyklu(9): Pucu! pucu! chlastu! chlastu! (mk); motto: Bez poczucia humoru nie czytaj – szkoda oczu!

Jak zachować się na wernisażu – z opisem i wskazówkami

Artystycznie wymalowany Panie Redaktorze!

W kulturze dalej „sezon ogórkowy”. W teatrach pusto, w kinach gorąco i zaduch, nawet w kawałkach śpiewanych kiepsko. Bywało głośniej, a tak zwany „przebój lata” leciał wszędzie: od toalety miejskiej po Operę Leśną w Sopocie nie omijając radia i telewizji w kolorze, ze szczególnym uwzględnieniem plaży.

Z tego wakacyjnego zastoju wyłamuje się tylko jedna dziedzina, którą uczeni zaliczają do sztuk pięknych. Wypowiadając się o niej, z szacunkiem, używają dużej litery „S”. To plastyka, wymawiana nie wiedzieć dlaczego małą literą, co słychać oraz drażnić może. Ja się z takim poglądem, Szanowny Panie Redaktorze, w całej rozciągłości zgadzam. Rodzimej wymowy pilnować należy i nie jest ona po to, żeby żarty sobie robić! Co innego języki obce – tu hulaj dusza i śmichy-chichy bez granic. Po to przecież jesteśmy w Europie.

Żeby nieco zawęzić skupię się na galeriach plastycznej sztuki malowanej – o obrazki chodzi. Otóż ta dziedzina w czas wakacyjny nie zanikła, a nawet się rozwinęła. Wracając z plaży, albo z górskich szlaków, w różnych miastach, wsiach i miasteczkach, można napotkać reklamę: galeria sztuki – wystawa malarstwa … ; tu następuje imię z nazwiskiem, czasem w konfiguracji podwójnej, potrójnej bądź zbiorowej. Im więcej takich wymienionych, tym wystawa ważniejsza.

Reklama

Dla lepszego zobrazowania: rodzina wraca z plaży; 32 stopnie w cieniu; ojciec pod prawą pachą ściska nadmuchany materac; pod lewą dziecko usypiające z wyczerpania (chwilowo ciche); za nimi, w bliskim kontakcie, żona (kobieta!), wydająca głośne dźwięki zbliżone do mowy (chwilowo w tej czynności zastępująca dziecko) oraz obrzucająca wyszukanym słownictwem rząd, jedzenie, upał, drożyznę, demokrację i męża: pomyłka on i fajtłapa. W takiej konfiguracji topograficznej, klimatycznej i rodzinnej napotykają opisani ów napis reklamowy; najczęściej na budynku, ale może być osobno: galeria sztuki – wystawa malarstwa itd. Jest to „pełną gębą” spotkanie ze sztuką przez wielkie „S”. W górach zjawisko ma taki sam przebieg tyle, że gleba nie piaszczysta, a kamienista, bardziej wyostrzona. Materac pod pachą tu nie występuje.

Przechodzę do wątku osobistego – otóż zdarzyło mi się skorzystać z rzeczonej reklamy. Po wytrzepaniu piasku z obu stóp i obuwia chińskiego oraz założeniu miejskiego odzienia na części dolne i górne, wczesnym wieczorem próg przekroczyłem. Pozostałe przynależności w postaci materaca, dziecka i kobiety zostawiłem w szatni, a sam się udałem. Okazało się, że był to wernisaż wielokrotny, czyli grupy malarskiej i to po plenerze. Ten ostatni szczegół jest istotny, ponieważ każdy członek grupy przez czas jakiś za darmochę się wczasował i teraz za karę musiał co najmniej jeden własny obrazek powiesić na ścianie. Chciał czy nie chciał – musiał. Po wyglądzie osobniczym można przypuszczać, że „nie chciał”. Wszystkie obrazki były elegancko namalowane i oprawione, chociaż niektóre ramki wyglądały na używane. Nie to było jednak istotne. Najważniejsze, że zaproszeni ludzie się tłoczyli, a klimatyzacja słabo działała. Pełny sukces.

Nie będę opisywał tego, co artystyczne i wisiało. Pozbawiony jestem – jak to się mówi kompetencji, chociaż wrażliwość wewnętrzną posiadam. Powiem tylko, że zwis górny był wyrównany, a wielkości dolne już nie. Zostawmy na boku sztukę przez „S” – nie była ona w tym miejscu najważniejsza. Moją uwagę przyciągnęły zachowania ludzkie; prawdopodobnie zaproszonych gości. Były one nad wyraz i tak bardzo, że zostałem „jęty szałem” z naciskiem na „jęty”. W rezultacie „widzę i opisuję”, a działo się tak:

Jeszcze przed pierwszym słowem, które paść miało, osobnik płci męskiej, w koszuli i spodniach oraz nakryciu głowy typu narciarskiego, zbliżył się do stolika z równo ułożonymi lampkami czerwonego wina. Wypił i odłożył kieliszek na podłogę. Dyskretnym ruchem nogi wepchnął go pod stolik. Niezauważony wykonał tę czynność po raz drugi i trzeci. Po czym oddalił się w kierunku środka sali. Za sobą pozostawił kompletnie zburzony ład i porządek, który wcześniej na stoliku panował. Potworne dziury, wyrwy, jamy, krzyczały swoim tragizmem w szeregu pozostałych kieliszków. Dramat, tragedia, katastrofa. Wino było kwaśne – sprawdziłem.

Wskazówka pierwsza: nie pijemy przed pierwszym słowem, szanując porządek panujący w miejscu ustawienia napełnionych kieliszków. Ład i porządek to nasza postawa.

Po wypowiedziach „najważniejszych” – a nie byli to artyści – paru nieznanych mi osobników zbliżyło się do swobodnie wiszących prac i palcem ręki (to ważne!) zaczęło sprawdzać, czy obrazki są rzeczywiście namalowane. W dobie powszechnego oszustwa sprawdzanie prawdziwości sztuki można by nawet pochwalić gdyby nie to, że jeden z niedowiarków zaczął flamastrem domalowywać obrazkom kółka, kropki i kreski, a nawet wystające części ciała. Robił to publicznie i ostentacyjne tak bardzo, że kilku, na oko prawdziwych artystów, zbliżyło się i entuzjastycznie zaczęło oklaskiwać oraz fetować swoje prace ze świeżo naniesionymi elementami.

Wskazówka druga: nie należy na zawieszonych obrazkach domalowywać tego i owego, gdyż takim działaniem możemy podnieść wartość artystyczną prac, a biedni artyści i tak nam nie zapłacą – co najwyżej obdarzą oklaskami.

W kolejnym momencie obdarowani sławą artyści zbili się w kupkę otoczoną wielbicielami. Rozpoczęła się część „pytalna”. Jako pierwszy wystąpił nie rzucający się w oczy łysiejący brunet ze szramą na czole: dlaczego pani maluje? Odpowiedziała młoda artystka – prawdopodobnie japonka – znak szczególny skośne oczy. Jej treść nie była słyszalna ponieważ panował szum i gwar innych wypowiedzi. Następnie nieco już starsza dama z piórami w tylnej części ciała (oryginalność ubioru!) zwróciła się do młodego artysty z wąsami w części przedniej (twarz): czy czuje pan szczęśliwość podczas malowania? Ciężar odpowiedzi był tak wielki, że prawa część wąsa znacznie się osunęła tłumiąc całkowicie treść wypowiadaną. Innych pytań już nie zadawano, ponieważ ktoś puścił głośną muzykę jazzową z refrenem ludowym typu: hop dziś, dziś, hop. To się bardzo sprawdziło i dźwięki muzyki zagłuszyły wszystko.

Wskazówka trzecia: na wernisażu nie zadajemy pytań, bo artyści nie mają nic do powiedzenia w zetknięciu z ogólnie panującym gwarem i muzyką jazzową z elementami ludowymi w szczególności.

W tym momencie moje obserwacje zostały brutalnie zakończone, ponieważ w drzwiach wejściowo-wyjściowych stanęła kobieta z dzieckiem na ręku, a to wszystko wyjaśnia.

Pozostajemy więc z trzema wskazówkami do wykorzystania:

– nie pijemy przed pierwszymi słowami otwarcia, żeby nie zburzyć porządku równo ustawionych kieliszków,

– nie domalowujemy niczego (flamaster), żeby nie podnosić wartości artystycznej prezentowanego obrazu,

– nie zadajemy pytań, bo artyści nie mają nic do powiedzenia.

Obiecuję, wielce uwrażliwionemu artystycznie Panu Redaktorowi, że do tematu, tak brutalnie przerwanego, powrócę. Nie bez znaczenia jest fakt, że na wernisaże może wejść każdy, bez ograniczeń, to znaczy nawet dwa albo trzy razy – jak komu wygodnie. Wino jest za darmo, ale podawane w ograniczonych ilościach (trzeba się spieszyć!) oraz nie najlepszej jakości. Na ciepły posiłek nie ma co liczyć – podobno (muszę sprawdzić!) trafiają się słone paluszki albo orzeszki do przegryzania. Ogólnie gastronomia funkcjonuje, ale to raczej bufet i w ograniczonej skali (darmocha?). Atmosfera ogólna jest sprzyjająca oraz godna polecenia, ale trzeba wiedzieć jak i kiedy kulturalnie się zachować.

Mimo wskazanych niedogodności potwierdzam, że sztuka plastyczna (malarstwo) przez duże „S” wciąga mnie coraz bardziej na swoje wernisaże. Widzę to szczególnie jasno przy zetknięciu z nadętą, ponurą, szarą i kłótliwą rzeczywistością, w której za wszystko trzeba płacić. Dlatego życzę sobie i kochanemu, przez wszystkich, Panu Redaktorowi artystycznego oglądu tego co wokół, wszerz, wzdłuż i powyżej.

Nadmieniam również, że termin wyborów do tego i jeszcze ważniejszego został ustalony, co nie ma żadnego związku z tym, co wcześniej napisałem – ale jest poważnie. O czym informuję z wymalowanym artystycznie uśmiechem i nieustającą sympatią:

Ja – Adalbert Necma

Ps.

Podczas szybkiego i przymusowego wyjścia natknąłem się na wyłożoną księgę dowolnego wpisywania. Zauważyłem:

– namalowane serduszko oraz diabła z wywalonym jęzorem;

– wyznanie miłosne typu: „mam cię gdzieś” – bez konkretnego wskazania;

– wezwanie do czynu: „Józek! czekam bez niczego na ławce pod kasztanem(!) przynieś butelkę”;

– wierszyk klozetowy: „sram na podobieństwo – portret gówniany” (sic!);

– wierszyk (w ramkach) zupełnie bez sensu – cytuję: „pstrykacz jeden się wypstryczył potem groźnie zaindyczył”– może ktoś, coś w kosmos jakby?

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj