Strona główna Twoje miasto

Ja – Adalbert Necma: „Kurak piórak” a sprawa polska

Z cyklu(19): Pucu! pucu! chlastu! chlastu! (mk); motto: Bez poczucia humoru nie czytaj – szkoda oczu!

„Kurak piórak” a sprawa polska

Wdzięcznie misiowaty Panie Redaktorze!

Niech sobie Pan wyobrazi, że przez swoje niedbalstwo znalazłem się w samym środku politycznego cyklonu. Nie zdążyłem salwować się ucieczką, chociaż już przecie po wyborach. Władzę w nogach, rękach i mowie mi odjęło i jak biblijny, grzeszny słup soli mogłem tylko słuchać, słuchać i słuchać. Pominę pioruny, błyski, gradobicie i grzmoty, a spróbuję dogrzebać się do sedna. Z grubsza – chodziło o fragment rolnictwa w Polsce niżnej, wyżnej, pustynnej i ogólnie bagiennej – czyli w kraju. A kto? Ktoś z lewej, ktoś z prawej i ktoś z chwiejnego środka. Osobiście i merytorycznie się nie liczyłem, co najwyżej mogłem zaistnieć smakowo (sól), ale nikt nie chciał skorzystać. Możliwe, że gorzką miną, czyli skrzywieniem w twarzy, skutecznie odstraszałem.

Poszło o „chów klatkowy”, o kury, które w klatkach siedzą i robią swoje.

Ktosiaka z lewej merytorycznie rozpierała złość, wściekłość i cholera, że „źwierzę pióraste” kuca w ograniczonej przestrzeni. Na dodatek jest sztucznie dokarmiane ziarnistą paszą o zwartym charakterze, bez zup i deserów.

Reklama

Ktosiak z prawej i z koniczynką (chyba pezel) błyskawicznie zaoponował, że Lewy (może nowy, stary, albo z ko-ko) jest w temacie nieprzygotowany. Piórak kurak, jako zwierzak, nie kuca tylko siedzi na grzędzie chyba, że robi coś innego. Tak poucza doświadczenie.

Tu wtrącił się Środak chwiejak, że to się da połączyć, jeżeli kurak piórak zmieni kierunek kiwania z bocznego (prawo – lewo) na osiowy (przód – tył), co nie spotkało się z ogólnym zrozumieniem.

Po serii obopólnych kaszlnięć i hurkotań, przeplatanych łyknięciem tego i owego (kawa, herbata, oranżada), Ktosiak lewy stęknął i zakomunikował od niechcenia, że gadanie Ktosiaka prawaka jest: „jak z bantustanu”. Atmosfera stężała. Na szczęście Ktosiak prawak nie walnął Ktosiaka lewaka, ale ze spokojem oświadczył, że nie bardzo rozumie. Chce jednak zauważyć, że merytorycznie dzisiejsza kura pochodzi od kury bankiwa, a nie od bantustanu i, że według niego, coś się Lewakowi popierniczyło.

Środak chwiejak się wtrącił, żeby dać kurze grzędę, a Lewak podchwycił: „ja wyżej siędę!”. Zdenerwowany Ktosiak prawak (chyba pezel) odszczeknął, że świńskiemu Lewakowi o klatki chodziło, a nie o kuraka. Lewak oddał, żeby mu na charakter nie wchodzić, bo przy…wali. „No to po łyku” – wykrzyknął Środkowy chwiejak i się chwilowo uspokoiło.

Po łyku (kawa, herbata, oranżada) Lewak nie odpuścił. Wygłosił tyradę, że on walczy o prawa człowieka i ma rację. Kurak z wolnego wybieg się z nim łączy, a klatkowy nie. Prawak ripostował, że to się okaże, bo kasa na klatki została wyłożona, a na wybieg nie. Z tego – powiedział – wyjdzie rozwolnienie gospodarki i narodowego żywienia.

„Ale co z klatkami?” – jęknął Środak chwiejacz: „to przecież dom kuraka – bez klatki nie przetrwa”. Lewak: „ nie z takich rewolucji wychodziła ludowa kasa; sory klasa – uratuje się prawa pióraka tak jak w Afgani(zakaszlał)stanie. Tu wtrącił się Prawak, ze stanowczym ostrzeżeniem, żeby Lewak nie uprawiał swojej autoreklamy, bo to jest wstrętne chyba, że jest „el-be” coś tam plus i reszta, ale nawet wtedy dla niego jest ohydne.

Lewak się zaczerwienił i wypalił: „przecież widać, że nie o źwierza chodzi, ale o człowieka. Klatki „pizzz” wymyślił”. Tu postawił wykrzyknik. Prawak (chyba pezel): „klatki dla człowieka?”. Środak się zakrztusił, bo właśnie łykał – „ły…ły…ły… knąć się spokojnie przy was nie da. „Trutu srutu klatki z drutu – to się kupy nie trzyma…” – usiłował dokończyć, ale mu się nie udało. Ktosiak lewak gardłował z całej siły: „pizzzz na nas klatki – na nas klatki – pizzzz, pizzzz”. Ktosiak prawak (może pezel) Lewakowi nie ustępował: „my nie źwierzęta, a nas do klatki – my nie źwierzęta”!

Wrzask się zrobił jakby to telewizja była i tylko dwa słowa się przebijały: „pizzzz – klatki – pizzzz – klatki – pizzzz – klatki – pizzzz – klatki”. W końcu Środak chwiejak dyszkantem zakwilił: „a nabiał skąd weźmiemy?”. Cisza się zrobiła, nawet grobowa. W końcu Ktosiak, co z lewej, powstał i chociaż ten z prawej się zdziwił, wlazł na krzesło (jak Lenin na obrazku, bo z dobrych wzorów należy korzystać), spojrzał dookoła i mową ludzką nad sprawą się pochylił: „Unia nas uratuje – stamtąd przyjdą jaja”.

Tu nastąpiła ogólna popitka – kawa, herbata, oranżada.

Opisane, traumatyczne przeżycie wróciło do mnie, kiedy przeglądałem materiał wysłany mi przez Szanownego Pana Redaktora, a była to sesja Rady Miasta NS. Szczególnie mocno mnie się to ujawniło we fragmencie (na całość siły nie starczyło) dotyczącym wyjaśnień.

Otóż Radny Pan zwrócił się z prośbą, żeby mu do porządku wpisać wyjaśnienia w sprawie budowy stadionu – kto, co, za ile i do kiedy. Przerwa się nawet w obradach zrobiła, żeby biegli (bardziej lub mniej) urzędnicy mogli wyciągać zapałki typu: na kogo wypadnie na tego bęc.

Padło na sympatycznego niewątpliwie pana pucio – pucio, czyli piątego rzymskiego prezydenta (V – prezydent); pierwszego i jedynego, sympatycznego niewątpliwie Pana Wiceprezydenta Miasta NS. Ten załatwił sprawę po ludzku, czyli w kilku okrągłych tematycznych zdaniach typ: trzeba by, powinno się, zrobiono by, zastanawiano się, podejmowano, wykończono by i tak dalej. Czyli: „nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi”. Powiedział co wiedział i wyszedł. Klasa!

I nie chodzi o to, co wydobył z siebie sympatyczny skądinąd niewątpliwie pan piąty rzymski V-ce Prezydenta Miasta. Prawda zawsze (wcześniej czy później) jak ….. (tu wpisać właściwe) na wierzch wypłynie, ale o to, żeby normalnie było. Pytają to odpowiadam – pełnym zdaniem, prawdziwie, wyczerpująco – jak w starej, dobrej szkole! I tylko tyle.

Do dzisiaj zachodzę w głowę, skąd się u mnie wzięły takie skojarzenia: klatka – ratusz – ktosiak – radni – wiceprezydent – znowu klatka? Głowa na górze, czy na dole? Może Pan, Panie Redaktorze, coś, w tym temacie, wyjaśni. Bez krępacji, odważnie i śmiało – niech Pan weźmie odpowiedzialność za to nowe(?), które się dookoła, ku wielkiej szczęśliwości kogo trzeba – rodzi.

Z akuszerskim pozdrowieniem:

Ja – Adalbert Necma

Ps.

Nie mam żalu do nikogo / Jeno do ciebie, niebogo! (Halka) – a już do Pana Wiceprezydenta absolutnie nie! Podobno – jak Pan Redaktor ekumenicznie poucza – przy bliższym poznaniu bardzo zyskuje. Ja w dobroć człowieka zawsze wierzę, z wyłączeniem tych, w których nie wierzę.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj