Z cyklu (15): Pucu! pucu! chlastu! chlastu! (mk); motto: Bez poczucia humoru nie czytaj – szkoda oczu!
Znacząco zamyślony Panie Redaktorze!
Czy myślenie – jako takie – może być przywiązane do miejsca? Jeżeli tak to i „bezmyślenie”, zwane głupotą, powinno mieć swoje lokum. Głupota warszawska, krakowska, gdańska i pcimska? Do Pcimia nic nie mam tak jak i do Warszawy, ale dobrze wiedzieć gdzie rzeczona jest cechą charakterystyczną, a gdzie jej brak. To drugie (brak) ma wymiar czysto teoretyczny. W świecie realnym nie występuje – wyjątki się nie liczą. Stąd optymistyczny wniosek, że głupota jest wszędzie i o każdej porze.
Odważnie weźmy byka za rogi. Za inne charakterystyczne cechy jego ciała można, ale nie wypada. Nieco łagodniejsza wersja (od byka) ma czeskie (dokładniej czechosłowackie) pochodzenie. To tam w serialu „Szpital na peryferiach” niejaki doktor Štrosmajer zwrócił się do pracującej z nim pielęgniarki: „gdyby głupota umiała latać, wznosiłaby się Pani jak gołębica”. Ohyda! Takie słowa do ciężko pracującej kobiety, która z pełnym poświęceniem i sercem na dłoni, oddawała się chorym i cierpiącym obywatelom swojego kraju. Na szczęście „U nas jest to niemożliwe” – ani dawniej ani teraz. W Polsce szanuje się gołębie – z bykami chyba gorzej.
Przechodzimy do ad remu, ale w skrócie. Na ostatniej sesji Rady Miasta wniesiono projekt rezolucji mającej poprzeć starania Polski o wypłacenie przez Republikę Federalną Niemiec odszkodowania (zadośćuczynienia) za straty spowodowane, też w NS, w trakcie II wojny światowej (wojna i okupacja niemiecka). Były wstrząsające relacje świadków zbrodni hitlerowskich. Były archiwalne zdjęcia przedstawiające NS w okresie okupacji (zniszczenia). Było też coś na kształt wymiany argumentów. Rezolucji nie przyjęto – zadecydowało głosowanie. Przewagę liczebną w Radzie mają przeciwnicy przyjęcia rezolucji. Projekt odesłano do wnioskodawców.
Przewodniczący (chyba klubu), reprezentujący antagonistów oświadczył, że wniesienie rezolucji jest przejawem walki wyborczej i generalnie nie o meritum, a o politykę chodzi. Na dodatek pani, reprezentująca wnioskodawców, ma męża, a on jest na posadzie rządowej i działa w temacie odszkodowawczym. To jest niegodziwość wielka, że mąż ma żonę i odwrotnie. Na dodatek świadków historii, występujących na sesji, usiłuje się wplątać w bieżącą politykę. Nie sprecyzował, czy ogólnopolską czy lokalną, a oni sami na wplątanych nie wyglądali. Jeżeli za rezolucją stoi polityka, to on, „chyba przewodniczący” i jemu podobni, są przeciw. Może później, za miesiąc się do tematu wróci – teraz nie!
Pan, „chyba przewodniczący” od hamulcowych, był przeciwko. Oczywiście jego wystąpienie nie było polityczne. O nie! Nawet śladu politykowania w nim nie było. On tylko obiektywnie wystąpił i głosował przeciw. On czysty jak łza, jak w pralce wyprany, jak w ogniu świętym ze zła otrzepany. Zła polityka to przeciwnicy – on jest dobry, niepolityczny w sprawie rezolucji. Dlatego chociaż przez rodzinne, wojenne doświadczenia jest „za”…to „nie”.
Był też drugi głos – przeciwny, ale z innych pozycji. Musi być źle, bardzo źle, jak się radnych o pomoc i poparcie w spawie zadośćuczynienia prosi. Pozostałe „bleblanie” przywołanego radnego, wygłoszone tonem mocno apodyktycznym, pomijam (atramentu szkoda).
Gdyby nawet przyjąć postulowaną „polityczność”, to pojawiła się ona po obu stronach, a merytoryka rezolucji „poszła się paść” – jak gmin czasem prawi. Jeżeli ktoś o odszkodowaniach mówi, to tym gorzej dla mówiącego. I tak to sobie leci od wielu, wielu, wielu lat. Jak dobrze pójdzie to „poleci” jeszcze przez następne, aż powoli zaniknie.
Z sesji była transmisja. Oglądałem z opóźnieniem (dziękuję Panu Redaktorowi za podrzucenie tzw. linku). Z podróży po Internecie wyszło mi, że tak zwane pisanie o zdarzeniu nie cieszyło się powodzeniem. Powiedzmy otwarcie – ilościowa klapa i klops (można dodać inne na „k”). Widocznie redaktorowie wielcy i mali uznali, że temat nie jest wystarczająco godny pióra i talentu – chyba, że czegoś nie doczytałem.
Jednakże, oczywiście przez przypadek, natknąłem się na jedną „sesyjną” relację, ze szczególnym uwzględnieniem kwestii przedstawionej powyżej. Owa „szczególność” zaznaczona została wyznaniem, że po skrótowej, relacji z całości, ciąg dalszy zostanie „luźno” potraktowany (ton luźniejszy). Rozluźnienie nie zawsze dobrze się kojarzy, szczególnie wtedy, kiedy powiązane jest z wolnością rzeczy samej (tu pokombinuj kotku o co chodzi). Najpierw wielce szanowny autor (podpisu nie ujawniam, bo z tego żaden pożytek, a śledztwo przeprowadzić można) zechciał pochwalić „pana chyba przewodniczącego” i tego drugiego od bleblania, za etykę opisu i etykę podsumowania (?).
Stronie „od rezolucji” wygarnął chęć narzucenia schematów myślenia za pomocą opisów, w dobrze znanych podręcznikach technik manipulacji i socjotechniki (wow – ale przywalił). Chyba było też o zawodach sportowych, bo „boksowaliśmy zdecydowanie powyżej swojej wagi”. Chyba chodzi o to, że NS „pochylił” się nad sprawą, a takie sprawy załatwia się „na szczeblu” czyli w Warszawie. Tam się nie pochylają – chodzą wyprostowani, a nawet międzynarodowo. Dalej nasz wspaniały „autor pisany” poszedł na całość i wytoczył rachunkowe armaty. Teleportował się w wymiar czysto finansowy, bez żadnych zabrudzeń. Dodawanie i odejmowanie, dzielenie na głowę mieszkańca i na kilka budżetów. Biliony przechodziły w tysiące, tysiące w stadiony (po co nam tyle?), stadiony z powrotem w biliony i jeszcze raz przez mnożnik, dzielnik i inne kukuryku. W rezultacie każdy mieszkaniec by dostał, ale tylko połowę. Druga połowa to kasa wspólna na coś, co się w referendum ustali. Poszło „na grubo” – nie tylko Niemcy, ale Rosja, Szwecja, Turcja połączona z Tatarami, Anglicy, Amerykanie (Jałta), Austriacy (Odsiecz Wiedeńska), Prusy, oraz zabory – wszyscy nam „kasę lecą”. Tylko rezolucji trzeba więcej wystosować. Wyszło, że dziewięć. Aż chce się zakrzyknąć radośnie: czy jest w pobliżu lekarz?! Niby odszkodowanie to rzecz poważna, a przecież można się pobawić. Słowem „ale jaja, ale jaja” (to cytat rodem z Europarlamentu).
Nasz „bohater pisany”, w szlachetnym zapale „jajowania”, o Francji zapomniał i Napoleonie, ale nie o to chodzi. Tu, kłania się herbertowska „potęga smaku”. „Tak smaku/ w którym są włókna duszy i chrząstki sumienia”*. Nie o kasiorę tylko chodzi (ta się zawsze przyda), też nie o aktualną politykę (ta zmienną jest), ale o coś znacznie ważniejszego. To my, sami, musimy pisać własną historię, bo jak nie, to inni za nas to zrobią (już to robią, z fatalnym dla nas skutkiem). Nie ci winni co podnoszą, ale ci co przydeptują – gestem Piłata lub wesołkowaniem. Była okazja… i się zmyła. Już nic nie będzie takie samo, nawet wtedy jak się do sprawy wróci – kropka.
Wyczytałem (znowu Internet wskazany przez niezastąpionego Pana Redaktora), że Akademia Nauk Stosowanych w NS będzie kształcić lekarzy. Tylko klaskać, trzymać kciuki – i co? Zakrakały czarne zdania z tytułami profesorskimi o tym, że to błąd, że się nie powinno, przenigdy, bo tylko oni mogą i powinni – to się wie. A w NS to już tragedia na miarę brakującego prosektorium!
Pojawiły się komentarze: „Jacy to wyjdą lekarze?”. „Ten kabaret z lekarskim w każdej gminie to będzie petarda, a już produkujemy 2x więcej lekarzy, niż pielęgniarek”. „Za 20-30 lat słabo wyuczeni lekarze będą leczyć nas wszystkich, nasze rodziny, niezależnie od obecnej pozycji”. „Studenci lekarskiego w Nowym Sączu (50 os) będą co czwartek jechać do Radomia na anatomię. Tak, do Radomia. 3h 40 min i 245 km w jedną stronę”. Wybieram tylko te najłagodniejsze i nadające się do czytania.
Dla wielu (jak wielu?) sprawa jest z góry przesądzona. Winne jest ministerstwo, minister Czarnek (ten szczególnie!), sądecka uczelnia i kto tam się jeszcze pod rękę nawinie. Żadne argumenty, że ANS (wcześniej PWSZ) już od kilkunastu lat prowadzi kształcenie w Wydziale Nauk o Zdrowiu na kierunkach medycznych (pielęgniarstwo pierwszego i drugiego stopnia, ratownictwo medyczne oraz dietetyka – w innym Wydziale jest też fizjoterapia). Rektor dr hab. inż. Mariusz Cygnar podkreśla, że pozwala to prowadzić kierunek lekarski i zaznacza, że od kilku lat budowano infrastrukturę właśnie pod tym kątem. Nikt nie podnosi, że mozolnie składano, w wymaganą całość, tak zwane minimum kadrowe, które konieczne jest dla otwarcia kierunku lekarskiego (osoby z tytułami naukowymi, które mają prawo kształcić lekarzy). Nie, bo nie – i już. Na szczęście „sprytna” młodzież maturalna obstawiła limit przyjęć w stosunku jeden do dziesięciu. No i dobrze – będą z nich ludzie i lekarze, mimo tego (a może właśnie przez to), że na początku każda droga prowadzi „pod górkę”. Tutaj, w Beskidach, to chyba normalne.
Co z tego wynika? Podsumowania nie będzie. Każdy swój rozum ma – także nadzwyczaj roztropny Pan Redaktor. Stan umysłów jaki jest, taki jest. Wystarczy się rozejrzeć, można też poczytać.
Czy myślenie – jako takie – może być przywiązane do miejsca? Mądrość czy głupota? Myślenie „po sądecku” (wygląda, że „z górki na pazurki” i odwrotnie) dobrze się ma. O czym, ze smutnym rozbawieniem lub odwrotnie oraz powagą jeszcze nie śmiertelną, uniżenie literkami piszę.
Ja – Adalbert Necma
Ps.
* Zbigniew Herbert – „Potęga smaku”.





