Z cyklu(17): Pucu! pucu! chlastu! chlastu! (mk); motto: Bez poczucia humoru nie czytaj – szkoda oczu!
Zdecydowanie zdyscyplinowany Panie Redaktorze!
Wiem, i potwierdzam, że Pana tam nie było. Rozumiem motywacje i szanuję nieobecność, tak samo jak całą redaktorską postać, otoczoną nimbem wzorowej sumienności, punktualności, rozumowości i wszelkich innych uszlachetnionych „ości”. Jest Pan dla mnie wzornikiem niedościgłym, a częściowo nieodgadnionym. W duchu wierności naszym wcześniejszym ustaleniom, przekazuję Panu tę ubogą relację – licząc na przychylność oraz piwo z sokiem (koniecznie malinowym, bo po wiśniowym mi niedobrze). Ta relacja jest też wyrazem wdzięczności za pana wcześniejsze oświadczenie, że nie jestem kompletnym idiotą, co jest prawdą, bo na dzień dzisiejszy jeszcze się kompletuję.
Otóż i onegdaj wziąłem udział w spotkaniu felietonistów „portalnych”, czyli uzewnętrzniających się (piszących) w Internecie i papierowych okolicach. Teren osobniczej działalności był ograniczony. Obejmował miasto – może być NS, ale bez przesady. Ograniczenie nie dotyczyło intelektu. To ustalanie, z trudem, ale jednak starano się zrealizować. Zdarzenie miało w treści coś na kształt zebrania tyle, że forma pionu nie trzymała. Temat miał się obracać wokół zadań i obowiązków dziennikarstwa lokalnego, z uwzględnieniem własnej rodziny, prezydenta, sumienia, kasy i na końcu czytelników – rzecz jasna.
Na początku kolega ZKG ogłosił, że nie nosi okularów, a to skutkuje. Mieszka na dziesiątym piętrze i świat mediów ogląda z góry – nikt mu nie podskoczy. W tym gronie jest jedynym dominantem oraz nie lubi gry w Chińczyka. Po tym wyznaniu ogłosił się przewodniczącym. Następnie od niechcenia rzucił tematem: „Pisz co wisz”. Zaznaczył, że w tym haśle połączył rzeczywistość krajową z rzeczywistością lokalną, o co zabiegał przez całe dziennikarskie życie. Użył też słowa „prowincja”, ale się wycofał. Po chwili „wzdął policzki” i otworzył dyskusję – bo mu „echo grało”.
Pierwszy zabrał głos kolega niewielkiego wzrostu (KR) przepraszając, że zabiera, ale on tak już ma od urodzenia. Oświadczył, że rozdawany prosiak z rożna jest zimny i zdecydowanie za tłusty. Nie wróży to dobrze naszej dyskusji, a nawet grozi jej rozwolnieniem. Zaznaczył, że więcej już nie zabierze (chyba chodziło o głos?), bo czeka na efekt końcowy.
Ripostował starszy na oko kolega CD, który poprosił, żeby w tym gronie nie używać słowa „świnia” w żadnej formie. Ma do niego uprzedzenie z tragicznej przeszłości i dlatego musi się napić. Powstał z trudem i z krzesła, szykując się do wyjścia.
Osadził go na miejscu zgryźliwy głos ZKG (ten od 10 piętra), że alkohol jest przy barze, ale trzeba za niego samemu płacić. To zdecydowanie uspokoiło ruchy wyjściowe pozostałych uczestników, a groźnie się zapowiadało.
Trzeba docenić klasę ZKG (10 piętro). Pokazał, że może poprowadzić każdą debatę, w każdych warunkach, nawet na wrotkach wraz ze zdjęciem na papierze z kolegą wraz.
W tym momencie wtargnęła koleżanka ŚW. Niepytana przeprosiła za spóźnienie, ale nikt jej nie zawiadomił. Znalazła się tutaj przez przypadek, chociaż stara się zabezpieczyć. W tym celu nosi parasol w pomieszczeniu i przy każdym mężczyźnie – nawet jak deszcz pada. Tonem zdecydowanym oświadczyła, że jest za powszechną aborcją nie wyłączając Ratusza. Ma być dostępna w każdym wieku, aż do końca i o każdej porze. Mężczyźni też są zobowiązani. Tu postawiła wykrzyknik.
Usiłował jej przerwać kolega KA-KA, ale nie dał rady. Koleżanka ŚW w rewolucyjnym zapale poinformowała, że zada podstawowe pytanie: z kim tu się napić? Zapadła kompromitująca cisza. W tej dramatycznej sytuacji koleżanka ŚW popatrzyła znacząco na przewodniczącego (10 piętro) i wyszeptała: dno!– oraz usiadła.
Poderwał się Młodziak (pseudonim MO), że jest oburzony, bo on zawsze może, nawet z koleżanką ŚW tyle, że po ciemku. Wyjaśnił, że się jeszcze stresuje, bo nie ma za sobą znaczącego dorobku i pije umiarkowanie. Liczy na roztaczającą się przed nim przyszłość – jak wszyscy na tej sali wymrą, to on jeszcze nie. Na dodatek sprzeciwia się używaniu przez sprawozdającego (skąd wiedział?) Mickiewicza Adama do celów polityczny przez źle dobrane cytaty. Jego wzrusza ten co to „grdyka jak śnieg biała”, ale ono się złośliwie w wypowiedziach kolegów nie pojawia.
Z ripostą wyskoczył członek piszący do gazety od strony kultury – pseudonim „kośniak kulawy” Ko-Ku w odróżnieniu od KA-KA, który usiłował przerwać powyżej. Wyraził zadowolenie, że nareszcie ktoś wystąpił z tematem lokalnym dążąc do rozwiązania dylematu, czy miejscowy pomnik wieszcza z tyłu ma plecak, a z przodu zajady. Wyraził pogląd, że wszyscy piszący (portale i gazety) powinni być blisko ludzi i ich problemów oraz gołębi, które się wypróżniają na piersi Adama. On na przykład jest blisko, a ma problemy z intelektualnym wypróżnianiem – ludzie go nie czytają. To jest zadanie dla wszystkich zebranych, żeby zrobić coś, a nawet więcej, żeby jednak czytali. W konsekwencji prawie się rozpłakał. Na szczęście objął go ramionami Młodziak (pseudonim MO) o co nikt go nie podejrzewał, z pełną tolerancją.
Nagle, z końca sali poderwał się portalnik (podwójna cyfra w tytule i pilotka na twarzy) pseudonim RU–RA. Wywalił, że wszystko ma w dupie, a tutaj zajmujemy się „pierdołami”. Podstawowe pytanie na dzisiaj brzmi: o czym tu pisać na sądeckim bruku. Tymczasem wszyscy wchodzą sobie nawzajem do tego co on powiedział na początku. Oczekuje, nawet żąda, żeby stworzyć listę do poruszania, uzgodnioną z władzami i związkami zawodowymi. Jak nie, to on wszystkich pie… (nie dokończył) kropka.
Wtrącił się prowadzący ZKG (10 piętro) z poleceniem, żeby się zachowywać. On sobie wyprasza, on nikomu nie wchodzi, nawet do toalety. Niech każdy pisze co chce, a nawet jeszcze gorzej. Czasy cenzury się skończyły. Panuje demokracja w zakresie wchodzenia i wychodzenia z czarnej d… (nie dopowiedział o co mu chodzi, bo nie jest rasistą). On, jako on, nie dopuści, żeby się władza wtrącała, a głosy takie jak kolegi RU-RA (pilotka na twarzy) traktuje jako prowokację.
Szum się zrobił i buntem śmierdziało. Na szczęście mało znany amator (Pa kropka Pa) zapytał, czy może otworzyć okno. Zrobił to bez pozwolenia i się przewietrzyło.
Niestety, jako przeciwnik wszystkiego, wystąpił kolega o podejrzanym zapachu wznosząc okrzyk „więcej mydła”. Po chwili spienił się na biało oraz też na twarzy. Jako usprawiedliwienie podał, że nazywa się DB i poprosił o ręcznik – może być papierowy. Zapowiedział, że już nigdy bez mydła nie napisze o władzy. Poprosił o wsparcie i go na szczęście uzyskał. Wie, że nikt nie rozumie tego, co pisze, ale się nie wycofa, bo wykonuje z wnętrza, a w środku ma samo zdrowie i wątrobę. Zaświadczenie przedłożyć może.
Od takiej postawy odciął się „stażysta-felietonista” (nazwiska nie podajemy) z zarostem na twarzy. Złożył oświadczenie, że bardziej go interesuje dziura na ulicy Jagiellońskiej niż czystość duszy. Pisze z obywatelskiego przyzwolenia i nikt mu za to nie płaci. Jedna dziura, druga i trzecia nie stanowią dla niego problemu, nawet jak z rury kapie. Każda dziura jest jego i żeby przyjąć to do wiadomości. Trzeba ogólnie walić batem każde prawdziwe zmyślenie (to chyba było o mnie).
Przewracając krzesło wyskoczył dotychczas spokojny KA-KA z tekstem (cytuję): „ja za pisanie pieniądze biorę i nie posiadam wstydu”. Dalej ciągnął bez cytatu, że niech się inni (amatorzy) uczą na jego tekstach. On zna swoją zawodową wartość i nie popuści ani na milimetr. Tylko ślepy tego nie widzi i niech sobie kupi lornetkę, albo okulary. Usiadł.
Polemicznie podniósł się, wezwany do tablicy, „stażysta-felietonista” (nazwiska nie podajemy) z oświadczeniem, że właśnie on czyta, bo musi, swoje i kolegi. Różnicy nie widzi. Głupi ten co za takie (cytuję) „pierdoły” KA-KA płaci. Niech sobie zawodowstwem podetrze (co nie sprecyzował).
Zrobiło się gorąco chociaż okno było otwarte. W burzliwą atmosferę zaingerował ponownie prowadzący (10 piętro) ZKG. Oświadczył stojąc, żeby się nie denerwować, bo czasy są ciężkie i teraz każdy robi pod siebie. Zaapelował o jedność. Stał dalej.
Z pozycji siedzącej poparła go koleżanka ŚW dopowiadając, że pisze lekko, bo od dawna jest na diecie. Zgadza się z przewodniczącym i prywatnie uważa go za sukces, co można przyjąć w treści i w uchwale:
Felietoniści wszelkiej maści górą!
Niespodziewanie wypowiedział się kolega niewielkiego wzrostu (KR) żeby już kończyć, bo on zaczyna odczuwać to, co podejrzewał na początku (zimny prosiak z rożna). Sprawa wydaje się pilna i nie należy przeciągać.
Na tym zebranie pospiesznie zakończono. O czym moralnie zawiadamiam.
Ja- Adalbert Necma
PS.
- Pełnych nazwisk nie ujawniam, żeby nie krzywdzić tych, którzy na zebraniu się nie pojawili. Zdjęciami nie dysponuję chociaż zdarzył się groźny incydent. Na salę wpadł gość, cały na łyso, z fotografem w dłoni. Cyknął fotkę przewodniczącemu i wypadł ze sali. Skąd wiedział komu trzeba?
- Do wyłożonego na barze protokołu dopisał się osobnik BZU. Cytuję wiernie (pisownia oryginalna): „To jest dyktatura pismaków! Na sali byłem i złożyłem, żeby windy w NS jeździły jak tramwaje. Pomysł Marka P. – zacytowałem. Wierzcie tylko Mi, a nie ci! Precz z dyktaturą sądeckich pismaków!”.
- Sprawozdanie przesyłam Panu Redaktorowi w dramatyczne zmyślonej rzeczywistości medialnej. Kto się w tym teraz połapie? Kartka wyborcza to czarny chleb, czarna kawa, albo pałac i krem od sułtana. Poezja.





