Z cyklu(7): Pucu! pucu! chlastu! chlastu! (mk); motto: Bez poczucia humoru nie czytaj – szkoda oczu!
Pląsaj dziecię, pląsaj!
W nieprzebranej dziecięcości swojej Panie Redaktorze!
Czy zna Pan coś takiego jak: „kipi kaszka, kipi groch” ? Dobrze, dobrze bo skojarzenia spożywcze i kulinarne są właściwe, ale jak coś kipi to strach!
A może „stoi różyczka”, „koło młyńskie”, „sroczka co warzyła”, „berek” i inne takie Pan zna? Spokojnie – za tym nie idą paragrafy. Tu chodzi o zabawy; dziecięce zabawy połączone z pląsaniem.
Ale od początku. W mieście wskazanym przez Pana (chodzi o NS) odbył się „Festiwal…” i jednocześnie: „Święto Dzieci Gór” (dwa w jednym). Nazwa sensacją pachnie – góry dzieci mają! Która z nich jest tatą, a która mamą? Możliwe, że to się później kulturowo ustali. Wygląda na to, że dzieci Iksińskich to także góry, lasy i doliny, a o rzekach nie zapominajmy. Nareszcie ekologiczna rodzina.
Kolejne sensacyjne ustalenia: góry na festiwalu i święcie (dwa w jednym) były, ale nie wszystkie nasze! Większe znaczenie miały obce, zagraniczne i nie wstydzę się przyznać, że egzotyczne. Wymieniam: Ekwador, Indie, Indonezja, Kenia, Turcja i USA (Teksas). Sprawdziłem – góry tam są; niektóre wysokie np. Himalaje – 8.585m n.p.m. Przy nich nasze Rysy (2.503) to jest nic, że o Beskidach nie wspomnę. Nawet taki Ararat w Turcji (Arka Noego) to jest coś. Przy nich nasza Przehyba to pikuś. Podobno osiadła tam (czyli w schronisku) rodzina Bielaków, ale to się w skali światowej kiepsko sprzedaje.
Niestety – pojawiły się wątpliwości. Wszystkie wymienione państwa z górami, posiadają także morza i oceany. Jak rozpoznać, czy zagraniczne dzieci z gór pochodzą, a nie z wody? To jest bardzo istotne dla dorosłych, którzy to wszystko organizują, opisują i bardzo, bardzo, bardzo się starają. A praca ich ciężka i mozolna – to się wie.
Zaczęło się dobrze – już w dzień poprzedzający, w czas wieczorny i nocny, wszystkie zespoły zostały „objechane” przez następujące postaci: najważniejszego dyrektora, ważnego reżysera, prowadzącego koncerty z asystentką, (nie jest jasne czyją), menadżera święta (?!), zastępcę (chyba menadżera), fotografa, kierownika biura – razem sztuk osiem. Cel objazdu to: „odwiedzić wszystkie zespoły, przedstawić się i poinformować, jak będzie wyglądał pierwszy dzień” a także: „zapytać uczestników, czy wszystko jest w porządku, czy im czegoś nie brakuje”. To wzruszające – dzieci z Indonezji, po locie trwającym 20 godzin, marzyły o tym, żeby poznać najważniejszego dyrektora i ważnego reżysera. Bardzo chciały być pogłaskane przez menadżera z zastępcą na końcu. Teksas miał lepiej – leciał tylko 10 godzin. Zespołowi z Kenii się udało – jeszcze nie dolecieli.
Wszystkie najważniejsze osoby (patrz wyżej) zostały wymienione w stosownym komunikacie.
Potem już było normalnie. Trombita dużego Józefa zatrąbiła, ksiądz proboszcz powitał, ksiądz biskup celebrował, ksiądz kapelan wspierał. Homilia była piękna. Obcy językowo mieli kłopoty ze zrozumieniem: „my sobie kopcimy po swojemu”. Chodziło o słowo „kopcimy”. Potem Rynek. Już dwie trombity „głoszą miastu i światu” – Rzym panie! Na scenę weszli najważniejsi: wspomniany ks. biskup, ks. kapelan też już wspomniany, radna sejmiku, zastępca prezydenta, skarbnik miasta, radna wojewódzka i jednocześnie wiceprzewodnicząca. Rozdawali klucze. Przeleciał samolot z napisem i machał skrzydłami. Dzieci dostały po cukierku. Ci z Kenii nie – jeszcze nie doleciały.
Wszystkie najważniejsze osoby (patrz wyżej) zostały wymienione w stosownym komunikacie.
Potem dzieci nasze i nie nasze poszły „ku uciesze gawiedzi” – doszły aż do amfiteatru. Tutaj na scenę został wywołany najważniejszy dyrektor i powitał. Imiennymi barankami zostali wyróżnieni panowie i panie: Benedykt (?), Józef, Dorota, ks. Stanisław, Magdalena, Kamil, Piotr , Małgorzata, Ryszard, Marta. Zatańczył dorosły, importowany z Zakopanego zespół. Na zakończenie panu kierownikowi z biura prasowego coś zdrętwiało jak pan Józef zaśpiewał, że mu słoneczko zachodzi. Słowem było dobrze, bo „przed nami cały festiwalowy tydzień”.
Wszystkie najważniejsze osoby (patrz wyżej) zostały wymienione w stosownym komunikacie.
W kolejne dni tygodnia było mniej więcej tak: „Ciuciubabka staje na beczce, a co w tej beczce? Jak zwykle kapusta i kwas… gońcie nas.” Oczywiście zdarzały się zagraniczne mutacje. Dzieci z Kenii doleciały, ale nie wszystkie – niektóre zostały w domu. Przelotnie pojawili się przywitani z godnością: wójt gminy, pracownica na co dzień w konsulacie, i znane z dnia pierwszego: pani skarbnik i wiceprezydent. Byli też goście specjalni: drugi sekretarz ambasady w Warszawie, reprezentantka konsulatu w mieście na „Ha”, proboszcz parafii tamże, pani z Ministerstwa Kultury, Dziedzictwa Narodowego i wszystkiego najlepszego, wicestarosta, zastępca wójta, dyrektor gminnego ośrodka i sołtys. Współczesna Rada Artystyczna została w stosownej chwili przedstawiona i od początku zasiadała. Tworzyli ją: doktor etnolog, doktor etnomuzykolog i etnochoreolog (wszystko razem), panie od zagranicznej choreografii (sztuk dwie), etnograf (tylko lokalny – wstyd!), a obowiązki sekretarza rady przyjął (serdeczne dzięki) etnolog i choreograf w jednym.
Wszystkie najważniejsze osoby (patrz wyżej) zostały wymienione w stosownym komunikacie.
W ten sposób, pokonując trudności, dotańczyliśmy, ze śpiewem na ustach, do dnia ostatecznego wraz z koncertem finałowym. Na nim zjawili się bardzo oczekiwani: ambasador republiki w Polsce (pani), konsul honorowy w Krakowie, poseł na sejm RP, pani reprezentująca instytut, pani z kulturalnego ministerstwa i wszystkiego najlepszego, radna wojewódzka (już wymieniana), zastępca prezydenta (pani już wymieniana), znany ks. kapelan całości, ks. kapelan ważnego związku (nowość!), misjonarz ojciec z daleka (promocja?), proboszcz parafii w USA (już wymieniany), przewodniczący polskiej sekcji wraz z wiceprzewodniczącym, żeńska dyrektor artystyczna ziem górskich.
Działo się: w imieniu marszałka i prezydenta mówiły panie. Najważniejszy dyrektor odebrał na scenie to, co przyznał miejscowy prezydent. Poseł przemawiał i wyraził zachwyt nad najpiękniejszym widokiem: „stado owieczek, dzieci z całego Świata, które radują się razem”. Pan poseł jest z tego powodu szczęśliwy. Potem wprowadzili jedną panią, która jest zasłużona międzynarodowo, a nawet jeszcze bardziej i jej słusznie wręczono. Była wzruszona, ale nie podano czy zeszła, czy ją wyprowadzono. Tuż przed zakończeniem „na scenie pojawił się stolik przykryty zielonym suknem, a na nim statuetka w formie sokolego pióra”.
Zza kulis poproszono tego, „który dał nowosądeckiej imprezie niezaprzeczalnie najwięcej. Dał jej duszę”. Był to starszy pan z brodą, który przez cały czas robił „hej, hej” albo „hu, hu” i to, prawdopodobnie, było główną myślą całego koncertu, a może i festiwalu ze świętem ciasno pozszywanym (dwa w jednym). Potem wszedł ksiądz ze stułą i się skończyło.
Wszystkie najważniejsze osoby (patrz wyżej) zostały wymienione w stosownym komunikacie.
A dzieci? Te zagraniczne miały to wszystko gdzieś, bo nie rozumiały ani słowa. Te nasze zostały pouczone, że należy pokazywać się w skromnym odzieniu roboczym, bo takie obowiązywało przy pracach w domu, polu i zagrodzie, dawno, dawno temu (tradycja). Tak ubogacone pobiegły do domu dłubać z drewna lipowego konsole do gry typu „play station”. Z ich pomocą grają do dzisiaj w „ciuciubabkę, „berka”, „koło młyńskie” i inne takie. A wszystko na cześć oraz chwałę szlachetnej tradycji oraz godnej rozrywki, o co się bardzo starają wszyscy dorośli i najważniejsi wymieniani w stosownych komunikatach.
Dzieci, po nazwisku, (patrz nigdzie) w stosownych komunikatach nie wymieniono. Do zobaczenia na następnym święcie i festiwalu (dwa w jednym, ale w odwrotnej kolejności).
Raport sporządziłem na polecenie samego Pana Redaktora:
Ja – Adalbert Necma
PS
- Podczas festiwalu, który też był świętem (dwa w jednym), odbyła się sesja naukowa. Uczeni ustalili, że dzięki zespołom dzieci mogą być dziećmi – co ze sceny ogłosili.
- Relacje pisemne, z każdego dnia, przekazywał w nowatorskim, naiwno-łzawo-lirycznym stylu, sam(!) kierownik prasowy, podpisując się odważnie i każdorazowo.





