Z cyklu(14): Pucu! pucu! chlastu! chlastu! (mk); motto: Bez poczucia humoru nie czytaj – szkoda oczu!
Torami zapętlony Panie Redaktorze!
Zelektryzowała mnie wiadomość, że lokomotywa z Nowego Sącza to „polska rewolucja na torach”. Chodzi o Griffin 200, którą pokazano i nagrodzono w Gdańsku, na międzynarodowych targach kolejowych Trako 2023.
„Polski przemysł, pasażerowie i kolejarze długo czekali na elektryczną lokomotywę, która będzie zdolna pociągnąć wagony z prędkością 200 km/h. Dzięki Newagowi i zamówieniu PKP Intercity, w końcu się doczekali”.
Tak napisał „Rynek Kolejowy” – największy portal branży kolejowej w Polsce i Europie.
No to się Pan Redaktor doigrał! Rewolucja z Sącza! Lokomotywą w świat! Wprawdzie odwołanie do tradycji istnieje, bo niejaki Romanowski napisał „Dziewczę z Sącza”, ale to wierszem jest i bardzo dawno temu. Na dodatek całość romansowo-tragiczna i narodowa, a nie kolejowa.
Po otrzymaniu wiadomości natychmiast zadałem sobie pytanie: gdzie oni (Newag) tę lokomotywę postawią? Pod dworcem PKP jedna już jest – na węgiel i zabytkowa. Na dodatek o dziwnym nazwisku TKt48-177. Ta druga (od rewolucji), na elektrykę i o zagranicznym nazwisku: Griffin 200. Po polsku to chyba Gryf czyli mityczne zwierzę z ciałem lwa, głową i skrzydłami orła. W średniowieczu wierzono, że pożera konie, dlatego rycerze na tarczach mieli wymalowanego potwora. Jego wizerunek miał odstraszać zwierzę przeciwnika. Dzisiaj nie ma już tarczy z rycerzami – wymarli. Natomiast nazwa Griffin chyba ma odstraszać współczesne konie i inne kopytne, żeby nie właziły na tory, bo to grozi katastrofą, a na pewno kalectwem – szczególnie za granicą.
Jeżeli chodzi o wystawianie, to ich motywacji pogodzić się nie da mimo, że obie coś wspólnego posiadają. Lokomotywa pierwsza stoi na cześć elektryfikacji kolei, czyli wprowadzenia elektrycznej trakcji w Nowym Sączu (w 1986 roku). Druga – elektryczna – jeszcze nie stoi (a już powinna!) na cześć rewolucji, którą wywołała.
Sama myśl o eksponowaniu w mieście tego co było, jest godna upowszechniania. Przed dworcem autobusowym, na granitowym cokole, powinien stanąć autobus o nazwisku Jelcz. To na cześć likwidacji Państwowej Komunikacji Samochodowej (PKS ze zmianami). Na granitowej płycie należy uwidocznić wizerunek głównego zwolennika całego przedsięwzięcia – koniecznie w kolorze. Możliwe jest wyrycie co najmniej inicjałów, w postaci tablicy pamiątkowej, jeżeli twórców likwidacji było więcej. Wersja bardziej ambitna to wizerunek w brązie (!) siedzącego okrakiem na autobusie głównego zwolennika. Całość powinna być na kolorowo podświetlona. Będzie nawiązywała do znajdującego się obok (za budynkiem MOK) konnego posągu Józefa Piłsudskiego (jest podświetlony, ale na biało).
Przed terenem dawnych zakładów owocowych powinna stanąć szklana butelka, sięgająca do czwartego piętra, z trwałą nalepką „sądeckie wino”. Możliwe są towarzyszące, nieco mniejsze, słoiki z nalepką „dżem”. Parę lub paręnaście innych „pomników” jeszcze się znajdzie. Wszystko „ku pamięci”.
Spieszę zapewnić przerażonego Pana Redaktora, że jestem całą duszą i ciałem za (!) lokomotywą elektryczną Griffin 200. Każdy nagrodzony sukces (bo sukces nienagrodzony jest gorszy), szczególnie polski, jest mi drogi. Cieszy mnie również, i to bardzo, wyżej opisany. Po cichu liczę, że może kiedyś spotka mnie takie szczęście, iż producent pozwoli mi wsiąść do kabiny tej lokomotywy, a przejażdżka to marzenie.
Tak się złożyło (przez przypadek?), że dostałem przesyłkę z plikiem niepublikowanych wspomnień mieszkańców NS (możliwe, że od Pana Redaktora). Czytam. Już wiem, że miasto było – może jest – „miastem kolejowym”. Uściślam – chodzi o to, że żyło z kolei. W pojęciu „kolej” zmieściło się wszystko, co związane było z torami, czyli ruch pociągów i zakłady remontujące lokomotywy. Administracyjnie były to różne elementy, ale w odczuciu społecznym się połączyły. Podobno kultura miejska także była „kolejowa” – Dom Kultury Kolejarza (dzisiaj MOK – Miejski Ośrodek Kultury). Ślady wizualne pozostały do dzisiaj – parowóz przed dworcem (patrz wyżej) i mosiężny pomnik maszynisty idącego do pracy o wysokości przerośniętego krasnala – bo niski był budżet wysupłany przez miasto.
W czasach PRL – szczęśliwie minionych, jak mówią niektórzy (?) – Zakłady Naprawcze Taboru Kolejowego (ZNTK), żywiły co najmniej pół Nowego Sącza i drugie tyle mieszkańców okolicznych wiosek. Takie były oficjalne dane. Żywiły też nieoficjalnie – wszystkie metalowe krzyże, na miejskim cmentarzu, zostały wyprodukowane w Zakładach – oczywiście nielegalnie. W wymiarze estetycznym notowano same sukcesy. Intensywnie organizowano wycieczki szkolne na most biegnący ponad torami (między Dworcem, a Zakładem). Z niego roztaczał się fascynujący widok na stare lokomotywy węglowe, czekające na remont lub ostateczne złomowanie.
To drugie, nieoficjalne życie ZNTK miało się znakomicie, chociaż władza robiła wszystko, żeby nie istniało. W tym celu wprowadziła takie wynalazki jak „portiernie”. Mieściły się one przy bramach wejściowych. Zadaniem ludzi tam pracujących (strażnicy) było kontrolowanie przychodzących i wychodzących, także gości, ale tym wystawiano specjalne przepustki. Pracownicy musieli pokazać, że nic nie wynoszą z zakładu. Podobno kontrolowano także po to, żeby nic nie wnosili, oprócz drugiego śniadania i butelki z mlekiem (możliwa herbata z mlekiem). Podejrzewano, że istnieją grupy przestępcze, które chcą przemycić, z zewnątrz, śruby, nakrętki oraz kęsy płynnego żelaza. Te ostatnie, w modnych naonczas, roboczych teczkach skórzanych. Wszystko po to, żeby skompromitować reżim, z jego zielonymi i miejsko-demokratycznymi akolitami (PZPR+ZSL+UD).
Podobno zdarzyło się raz, a nawet kilka, że oficjalnie zainicjowano akcję mającą na celu wykrycie i wyeliminowanie wszystkich przypadków spożywania alkoholu w miejscu pracy. W tym celu, szczególnie intensywnie, przeszukiwano pracowników wchodzących do Zakładu, żeby procentów nie wnosili. Brutalnie rewidowano wszystko i wszystkich. Po paru dniach nic już nie znajdywano, aliści przy wychodzeniu zdarzały się liczne przypadki nietrzeźwości osobniczej. I to się powtarzało – nie wnosili, a znietrzeźwienie było. Portiernie (strażnicy) z wściekłości prawie oszalały. I tak to trwało; wchodzili trzeźwi, a wychodzili nietrzeźwi, chociaż procentów nie wnosili. Poszukiwania trwały i trwały. Po kilku miesiącach się wyjaśniło. W zbiornikach na wodę, w starych oczekujących na złomowanie parowozach, znajdowała się sieć miedzianych rurek. Dla sprytnych „kolejarzy” nie było żadnego problemu, żeby ten system przerobić na instalację do wytwarzania bimbru. Potrzebne produkty kupowano, po niższych cenach w zakładowym, wewnętrznym sklepie spożywczym utworzonym przez dyrekcję, dla ulżenia doli ciężko pracującej ludności. Wszystkie inne elementy, w postaci zapachu i dymu, rozpływały się w hałasie oraz technologii Zakładu. Produkcja szła pełną parą. Spożywanie też – żeby się nie zmarnowało.
Takiego ZNTK już nie ma. Newag powstał na jego majątku. Starych parowozów, z miedzianymi rurkami, też nie ma. Za to powstają Griffiny i inne podobne takie. Działania, choć nowoczesne i nagradzane, w miasto za bardzo nie wchodzą. Czy to dobrze, czy źle – nie wiadomo. Możliwe, że NS wyszedł już z „kolei”. Licząc na przeogromną łagodność Pana Redaktora pozwalam sobie na sformułowanie poglądu, że współcześnie jest to „wy–kolej–one” miasto. Co pod rozwagę Panu, Newagowi i wszystkim świętym uniżenie przedkładam.
Ja- Adalbert Necma
Ps.
1. Griffina 200 chwalę, chociaż całości technicznej nie ogarniam. Nagrody gratuluję. Zachęcam do używania nazw typowo polskich – te zagraniczne mogą wynikać z kompleksów. Lepiej niech zagraniczni kontrahenci naszych się uczą, a nie odwrotnie.
2.Cały „kolejowy” Sącz wary jest epopei. Historia co najmniej na kilka felietonów. Czy powstaną? Nie wiem – chyba, że będzie wsparcie Pana Redaktora i Szanownych Czytelników.





